R E K L A M A :
 Newsletter >
 Wyślij znajomym >
 Dodaj do ulubionych
  Szukaj na stronie.
Jesteś 18087223 gościem na naszej stronie
Aktualizowano: 2017-05-26
Mocno sentymentalne sto kilometrów

 

To była piękna jazda z Poznania
do Czempinia i z powrotem


Jazda rowerem po Wielkopolskim Parku Narodowym jest wielką przyjemnością.

To była piękna jazda. W ostatni dzień października 2010 roku pokonałem ponad sto kilometrów na swym niezawodnym rowerze marki Wheeler. Zachętą do takiego wysiłku była słoneczna pogoda, przecudne kolory jesieni, jak i fakt, że przed pierwszym listopada każdy z ludzi popada w stan zadumy nad życiem i mocno sentymentalnie wspomina przeszłość.


Poznań, Luboń, Puszczykowo, Mosina, Wielkopolski Park Narodowy, Górka, Łódź, Będlewo, Bolesławiec, leśnictwo Bieczyny, Bieczyny, Srocko Wielkie, Piechanin, Czempiń, Iłówiec, Pecna, Nowinki, Drużyna, Mosina, Puszczykowo, Luboń, Poznań.

Dane z licznika rowerowego ilustrują liczbę pokonanych kilometrów, czas jazdy, maksymalną prędkość, także przeciętną.

dystans - 100,13 km
czas jazdy - 6:37:19 h
maksymalna - 42,3 km/h
średnia - 15,1 km/h

Ruszyłem w drogę kilkanaście minut po godzinie 10. Z poznańskiego osiedla Kosmonautów (najpiękniejsze w Grodzie Przemysła), gdzie mieszkam, po niespełna dziesięciu minutach byłem na Cytadeli. Jesień w tym miejscu jest zawsze przepiękna, ale w tym roku natura jakby starała się jeszcze bardziej podkreślić, że piękno jest bezbrzeżne, że nie ma granic...

Liście, liście. liście. Dywany z liści i jazda po nich jest wynagrodzeniem za to, że chce się wyciągnąć rower z domu i pojechać przed siebie. Robię zdjęcia na Cytadeli, gdzie na początku 1945 roku toczyły się niezwykle zażarte walki, podczas których zginęły tysiące Rosjan i Niemców (Polacy też w nich uczestniczyli), a gdzie od dziesięcioleci jest park. Największy w mieście, najładniejszy, niezwykle przestrzenny.

I jeszcze jedno: Cytadela od lat jest miejscem, gdzie ścigają się kolarze górscy. W ramach Thule Cup, także studenci naszego regionu toczą rywalizację o miano mistrza Wielkopolski w kolarstwie górskim. Aleksandra Dawidowicz, reprezentantka Polski, mistrzyni świata 2009 w kategorii U23, taki tytuł akademickiej championki na podjazdach i pagórkach Cytadeli w 2008 roku tu zdobyła. Przed laty, kiedy w Poznaniu odbywały się Targi Rowerowe "Bicykl" (po raz ostatni w 2000 roku), odbyły się tutaj ogólnopolskie zawody XC, w których startowała cała polska czołówka z Markiem Galińskim na czele.


Nad jeziorem Kociołek (Wielkopolski Park Narodowy) bobry czynią destrukcję na dużą skalę, co widać na zdjęciu.
Fot. Tomasz Fengler

Drogę do Lubonia rowerzysta może wybrać wzdłuż Warty (szlak rowerowy) lub ulicami. Decyduję się na ten drugi wariant i jadę ulicą Garbary. Trzeba tu zawsze wielce uważać, by nie być potrąconym przez samochód. Od Królowej Jadwigi prowadzi aż prawie do Dębiny szeroka ścieżka rowerowa.

10 kilometrów od miejsca startu znajduje się Dębina. Park z wieloma stawami, nad którymi prawie zawsze siedzą wędkarze, gdzie są ładne szutrowe drogi, gdzie...

Kiedy zawsze jadę rowerem przez Dębinę przypominam sobie początek lat sześćdziesiątych. Miałem wówczas 16 lat i chciałem bardzo, ale to bardzo być biegaczem, jak polscy mistrzowie tamtego czasu - Zbigniew Krzyszkowiak, Kazimierz Zimny, Jerzy Chromik. Oni byli długodystansowcami, ale w Poznaniu żył, trenował i wygrywał na średnich dystansach Zbigniew Orywał. Był mistrzem USA w wyścigu na 1000 yardów w 1959 roku.

Był warciarzem, ja też byłem warciarzem. Zimowe biegi w kierunku Dębiny i Lubonia w mroźny czas 1962 roku zapamiętałem na zawsze. Nieraz tak sobie myślę, że siłę charakteru, witalność organizmu, wytrzymałość kształtowałem sobie na nadwarciańskich wałach: w mrozie, na śniegu, dotrzymując tempa biegu kolegom z klubu sportowego o zielonych barwach.


Poznańscy fani MTB na ścieżce nad Jeziorem Góreckim.

Dębina - 10 km od domu. Jadę w stronę Lubonia, ale za jego rogatkami (przejazd kolejowy w Łęczycy) na lewo od szosy prowadzącej w stronę Mosiny prowadzi ścieżka rowerowa. W ostatnim czasie została na nowo zrobiona, nie ma na niej dziur i pedałowanie w kierunku Puszczykowa sprawia prawdziwą przyjemność.


Urokliwa droga prowadzi z Będlewa do Bolesławca, nad Kanałem Mosińskim.

Dojeżdżam do Puszczykowa, jestem przy dworcu PKP. Nazwa dworzec jest wielce umowna, gdyż nie można tu kupić biletu kolejowego, można zaś coś zamówić do picia i zjedzenia (jeśli oczywiście lokal nie jest zamknięty). Przed laty, na początku polskiej transformacji, ktoś z władz PKP sprzedał dworzec w Puszczykowie osobie prywatnej, która zrobiła w środku restaurację. W 1999 roku obiekt na całych dziesięć lat został na głucho zamknięty, teraz znów karmi... Dla mnie ten obiekt jest i pozostanie prawdziwym symbolem polskiej prywatyzacji: jeśli ktoś miał stosowne dojścia, mógł na początku naszej transformacji ustrojowej kupić sobie dworzec. Dla fantazji, dla szpanu, dla zaimponowania znajomym, mniej może dla robienia kasy.

Jadę z Puszczykowa do Puszczykówka, asfaltową ścieżką obok miejscowej jakby obwodnicy. Las w tym miejscu jest przepiękny i mieni się wszystkimi kolorami jesieni. Z obu stron.

Kiedy o godzinie 12 wjeżdżam do Puszczykówka, dzwon miejscowego kościoła zaprasza wiernych na mszę. Ten piękny i jakby monumentalny obiekt powstawał latami. Ułożono tutaj ponad 200 tysięcy cegieł. Niedawno żyjących budowniczych tego kościoła, w tym mego brata Józefa, uhonorowano pamiątkowymi medalami.

Puszczykówko - Mosina. Rowerzysta nie musi jechać główną drogą, tylko ścieżką zrobioną w ostatnim czasie. Rozpoczyna się ona w okolicah hotelu "Atrium", kończy na skrzyowaniu dróg w Mosinie (niedaleko stacji benzynowej).

W Mosinie kieruję się w stronę Pożegowa. Od torów kolejowych (trasa do Osowej Góry przypomina miejscami dżunglę), z prawej strony znajduje się znana od lat firma Pozbet, rozpoczyna się podjazd. Ma dokładnie 1000 metrów i kończy się na bruku, skąd rozciąga się przepiękny widok na miasto, które w 1848 roku na dwa dni było stolicą Rzeczypospolistej Polskiej (Mosińskiej).


Uczą się w klasie maturalnej, lubią pedałować i chwalą swego wychowawcę - profesora Tomasza Nowackiego.

Ten pożegowski podjazd od lat jest miejscem treningu wielkopolskich kolarzy. W tym roku Marcin Sapa w ramach przygotowań do szosowych mistrzostw świata, które odbyły się w Australii, pokonywał go aż osiemnaście razy. Jeśli ktoś ma ochotę, może zjeżdżać w dół - prędkość 60 km na godzinę gwarantowana, ale trzeba bardzo uważać, by z jakiejś posesji nie wyjeżdżał samochód albo nie wybiegł pies.

Z Pożegowa w taki jesienny dzień najlepiej pojechać w stronę olbrzymiego kamienia, który przypomina, że te lasy kiedyś należały do hrabiego Zamoyskiego a teraz stanowią teren Wielkopolskiego Parku Narodowego.

Miejscem najpiękniejszym i jakby magicznym jest Jezioro Góreckie. Jako młody chłopak z braćmi i kolegami kąpaliśmy się w nim na całego, zaś prawdziwym sprawdzianem umiejętności pływania było dotarcie do Wyspy Zamkowej. Wpław, bo nie można było inaczej.


Z Górki do Trzebawia jest raptem niecałe dwa kilometry.

Tak było w latach pięćdziesiątych, sześćdziesiątych, siedemdziesiątych, osiemdziesiątych, na początku lat dziewięćdziesiątych. Wolna Polska, jednym podpisem wojewody - twórcy przewodników turystycznych, zamknęła wody Jeziora Góreckiego do kąpieli, pod hasłem ochrony przyrody.

Dziś strażnicy WPN pilnują, gonią i wlepiają mandaty tym, którzy nierozważnie wejdą do wody Jeziora Góreckiego - prawdziwej wodnej perły Wielkopolski. Od kilkunastu lat pływacy nie mącą wody, ale większe chyba od nich szkody czynią ptaki. Tysiącami tu lubią zatrzymać się na nocleg, gubiąc swe nieczystości w wodzie. Doszło do tego, że od niedawna trzeba mieszać wodę tego akwenu, by uwolnić się od zgubnych skutków ptasiej obecności.

Wzdłuż Jeziora Góreckiego prowadzi ścieżka rowerowa. Chyba najpiękniejsza w Wielkopolsce. W niedzielę leżały na niej liście, tworząc kobierzec o długości ponad kilometra. Nad jeziorem Kociołek widzę, i bardzo się dziwuję, wiele powalonych drzew. To bobry podcięły je do upadku. A zatem ogłaszam w tym miejscu publicznie problem: bobry atakują Wielkopolski Park Narodowy i koszą drzewa jak zapałki. Są nad Kociołkiem, będą wkrótce nad Jeziorem Góreckim.


Jezioro Góreckie zachwyca swą urodą o każdej porze roku.

W drodze do dawnej głównej plaży nad Jeziorem Góreckim (niedostępna, chroniona murem - jak za czasów hitlerowskiego gauleitera Artura Greisera, który w Jeziorach miał swą siedzibę) spotykam młodych ludzi. Mają dobre rowery i lubią pedałować. Są uczniami maturalnej klasy Technikum Kolejowego w Poznaniu, ulica Fredry 4, i marzą o tym, by w przyszłości wystartować w maratonach MTB. Jeden z podopiecznych profesora Tomasza Nowackiego już uczestniczył we wrześniowym maratonie MTB 2010 w Poznaniu i zamierza sprawdzić się, wraz z kolegami, w innych zmaganiach kolarstwa górskiego.

Nad Jeziorem Góreckim spotykam troje ludzi. Są stroskani, zaambarasowani, mają jedną przebitą dętkę. I nie mogą zdjąć opony, bo nie zabrali zabieraków, czegoś, co doświadczony rowerzysta wozi zawsze z sobą.

Pomagam, zachęcam do startu w maratonach MTB, pani Joasia odczytuje trafnie z mej kolarskiej koszulki, że jestem żywą reklamą Czeslawa Langa i jego rowerowcyh przedsięwzięć. Robię trojgu symapatycznych ludzi foty, aż trzy, i jedziemy. Oni w swą stronę, ja w kierunku Górki. Małej wsi, raptem cztery, pięć domów.

Stąd jadę w stronę Łodzi i Jeziora Dymaczewskiego. Byłem tu już tyle razy, nie policzę ile, ale widok z okolic drewnianego kościółka na Jezioro Dymaczewskie robi zawsze wrażenie.Tak jest i tym razem. Wyciągam swego Canona i robię zdjęcie miejscu, gdzie można pływać kajakami, łodziami, żaglowkami i także samemu.


Widok na Jezioro Dymaczewskie od strony kościółka w Łodzi.

Łódź - Będlewo, dystans 2 kilometry. Droga przez pola, przez wielkopolskie pola. Rok temu, w sierpniu, na tej trasie po raz pierwszy kolarsko zmusiłem do wysilku swego wnuka 7-letniego Tomka. Dał radę, dzielnie pedałował z Trzebawia do Będlewa i z powrotem, pokonał 16 km na zielonym rowerze marki Schwinn i był dumny z tego, ze poznał kawał Wielkopolskiego Parku Narodowego.

Będlewo to odrębna opowieść. W miejscowym pałacu spotykają się o różnych porach roku najtęższe polskie matematyczne głowy. Przyjeżdżają także z zagranicy, by z naszymi specjalistami mówić i dyskutować o całkach, różniczkach i nowych problemach matematyki.

Z Będlewa prowadzi piękna droga do Bolesławca, nad Kanałem Mosińskim. Jak dobrze policzyć, wypada cztery kilometry. Kiedyś był tu las i tylko jedno domostwo. Teraz jest ich więcej, niektóre są przepiękne, szczególnie te, gdzie widać konie...

Leśnictwo Bieczyny. Kawał pięknego polskiego lasu. W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku przyjeżdżali tu na polowania ministrowie PRL. Gdyby zapytać o to generała Wojciecha Jaruzelskiego, odnalazłby w swej pamięci strzały do zwierzyny między Kanałem Mosińskim, wsiami Bieczyny, Bolesławiec, Borkowice i Pecna.

Jestem w Bieczynach, 50 kilometrów od startu mej niedzielnej jazdy. Mała wieś, niewiele dymów, jakby powiedział pisarz dawnych lat. I pałac - pusty, do kupienia, jak dworzec w Puszczykowie przed kilkunastu laty.

Wracam do drogi Głuchowo - Pecna, jadę nią i skręcam na Srocko Wielkie. Wieś pełna inicjatyw organizuje co roku festyny, zabawy i nie stroni od sportu. Stąd pedałuję do Piechanina, widząc w którymś fragmencie drogi olbrzymią plantację kukurydzy po lewej stronie.

Piechanin - Czempiń. Trzy kilometry i jazda po pięknej ścieżce rowerowej. Kościół św. Mikołaja widać zawsze z daleka, z którejkolwiek strony by się nie podjeżdzało do tego miasteczka, oddalonego o 32 km od Poznania.

Czempiń. Jak opisać miasteczko, gdzie życie toczy sie zawsze żwawym rytmem, gdzie ludzie pamiętają o swych bliskich, o przeszłości. To właśnie tu, na miejscowym cmentarzu leżą Michalina i Stanisław Urbaniakowie - moi dziadkowie. Ich córka, a moja mama, urodziła sie 22 lipca 1915 roku w Niemczech, w Essen - mieście stali, armat i Kruppa.


Kiedy wyjeżdżałem z Czempinia, słońce zachodziło za horyzont.

Wyjeżdżam z Czempinia, gdy się zmierzcha, na podjeździe za słynną rakarnią robię zdjęcie, gdy słońce chyli się za horyzont. Jadę w strone Iłówca, wsi, która ma swą historię, kościół i cmentarz. Andrzej Kurek, mój dziadek - żył 95 lat (1880-1975), i moja bacia Agnieszka (1895-1985) leżą zjednoczeni na zawsze po latach emigracji zarobkowej w Niemczech, po latach gospodarowania na wielu własnych hektarach w latach II Rzeczypospolitej, jak i po 1945 roku.

Zapalam znicz na grobie dziadków Kurków w Iłówcu. Byli Polakami z krwi i kości, byli rolnikami, mieli pięcioro dzieci. Dali początek wielkiej rodzinie.


Moi dziadkowie żyli długo. Cmentarz w Iłówcu.

Kurkowie, Maćkowiakowie, Budzińscy, Grześkowiakowie, Ratajczakowie, Urbaniakowie, Kwiecińscy - między cmentarzami w Czempiniu i Iłówcu jest kilka kilometrów odległości. Ale w sercach i umysłach ich potomków plynie to piękne przekonanie, że dziadkowie byli na medal. I Urbaniakowie, i Kurkowie. W końcu XiX wieku szukali szans dla siebie w Niemczech, znaleźli pracę, zarobili pieniądze i wrócili do Polski, gdy wybuchła niepodległość.

Jest niedziela, robi się ciemno. Na cmentarzu w Iłówcu spotykam Barbarę Czaińską (Jencz- nazwisko panieńskie). Jest radną Rady Miejskiej w Mosinie, polonistką w Szkole Podstawowej w Pecnej. Głosem pedagoga pięknie mówi o przeszłości, o cmentarzu w Iłówcu, o tych co odeszli.

– Masz jeszcze kawał drogi - mówi do mnie Barbara Czaińska, gdy robi się już ciemno. Mam na liczniku 64 km, gdy rozpoczynam powrotną drogę do Poznania.

Dwie godziny później jestem w Poznaniu. Po drodze w Puszczykowie kupiłem chleb orkiszowy, rogala i bułki, przed dworcem PKP w Puszczykowie licznik zanotował dystans 80 km. W Luboniu zaatakowały mnie wysłanniczki króla Haloween.

Wjechalem do Poznania. I tu niespodzianka. Droga jest pięknie oświetlona, od Dębca aż do Starego Browaru. Rowerowy przejazd Półwiejską to rodzaj demonstracji, za którą władze miasta powinny pobierać symboliczne myto. Przy Kupcu Poznańskim najpiękniejszy zapach miasta - kurczak pięknie opalony kosztuje 18 zlotych. I kusi obcokrajowcow, którzy na dodatek wybierają, co widziałem, ogórki kiszone.

W niedzielę 31 października szurnąłem ponad 100 kilometrów na rowerze. Od Poznania do Czempinia i z powrotem. Okolice te znam od lat, od dzieciństwa. Od Poznania do Czempinia, po obu stronach torów kolejowych, mieszkają Kurkowie, Maćkowiakowie, Budzińscy, Grześkowiakowie, Ratajczakowie, Urbaniakowie. Są radnymi, prowadzą rozmaite biznesy, kształtują obywatelski etos.

W niedzielę 31 pażdziernika 2010 roku pokonałem 100 kilometrów na rowerze, by zapalić znicz na gronie dziadkow, by poobcować z pięknem jesiennej Wielkopolski, by wreszcie dać szersze świadectowo, iż Kurkowie i Urbaniakowie już kolejne stulecie robią coś dobrego. Dla siebie a zatem i dla Polski.

 

 

Logo BCM Nowatex - Producent odzieży rowerowej, sportowej, kolarskiej

EUROBIKE

 

 
WSTECZ HOME E-MAIL