R E K L A M A :
 Newsletter >
 Wyślij znajomym >
 Dodaj do ulubionych
  Szukaj na stronie.
Jesteś 17786623 gościem na naszej stronie
Aktualizowano: 2017-04-28
Przybliżyć trochę się do prawdy

 

Kto wyjaśni tajemniczą orkę: policja, media, czy...


Polska prywata kontra dobro publiczne w całej krasie.

Łukasz Włodarczak w czwartek przed godziną 23 przysłał mi e-maila. 32-latek z Poznania, od dwóch sezonów aktywny maratończyk MTB, poinformował mnie, że fragment ścieżki rowerowej Rusałka - Strzeszynek jest zaorany. Wskazał też miejsce na Facebooku, gdzie można było to zobaczyć na zdjęciu!

Przyznam szczerze, najpierw ta wiadomość jakby do mnie w pełni nie dotarła. Patrząc w to zdjęcie, z każdą sekundą i minutą uświadamiałem sobie, że to jednak chyba nie fotomontaż, ani kiepski żart.

O poranku pełen emocji wsiadłem do samochodu i przed godziną ósmą byłem w miejscu, które znam od lat, na ścieżce rowerowej prowadzącej znad Rusałki do Strzeszynka. Zbliżam się do tablicy z napisem "Teren prywatny/zakaz wstępu", za nią zaś widzę zaorany fragment ścieżki rowerowej.


Łukasz Włodarczak z Poznania, maratończyk MTB, jako pierwszy poinformował mnie o zaoranym fragmencie ścieżki rowerowej Rusałka - Strzeszynek.

Nadjeżdża rowerzysta. Tadeusz Szymański, 66-letni mieszkaniec Poznania, informuje mnie, że dziennie przejeżdża około 25 kilometrów na rowerze. Dziś musiał zmienić trochę trasę, gdyż zaorany grunt - na długości 500 metrów - nie pozwala na przejazd. Zastałą sytuację określa krótko: - Barbarzyństwo!

Idę wzdłuż zaoranego gruntu. Ten, kto to robił - starał się maksymalnie zanurzyć pług w ziemię, wejść w nią z pół metra w głąb. Nie liczę dokładnie kroków, ale po przejściu około 500 metrów widzę kolejną tablicę z napisem "Teren prywatny/zakaz wstępu". To dla tych, którzy idą, spacerują lub jadą rowerami ze Strzeszynka.

Wracam. Jest godzina ósma. Spotykam Krzysztofa Ulanowskiego, dziennikarza. Pracował w wielu redakcjach, jeździł i nadal dużo jeździ na rowerze. Wspólnie patrzymy na odwróconą ziemię i nurtuje nas pytanie: kto jest autorem tego szalonego dzieła? Robię serię zdjęć i spotykam jeszcze kilkoro zadziwionych biegaczy i rowerzystów.

O 13 przed tablicą "Teren prywatny/zakaz wstępu", od strony ulicy Lutyckiej, odbywa się niezwykła konferencja prasowa. Są dziennikarze wszystkich poznańskich mediów, gdyż od poranka temat zaoranej ścieżki rowerowej zbulwersował redakcje prasowe, telewizyjne i radiowe.


Maciej Wudarski, szef Rady Osiedla Smochowice-Krzyżowniki, informuje dziennikarzy o bulwersującym akcie zaorania ścieżki rowerowej.

O zaistniałej sytuacji spokojnie i rzeczowo informują Arleta Matuszewska - przewodnicząca Rady Osiedla Strzeszyn i Maciej Wudarski - szef Rady Osiedla Smochowice-Krzyżowniki.

Po pierwsze, okazuje się, że zaorany grunt ścieżki rowerowej należy do prywatnego właściciela. Dziennikarze dzielą się informacjami, sensacjami i przypuszczeniami. Właściciel tej ziemi, nazwijmy go tu umownie Roman Swołocz (nazwisko adekwatne do czynu), jest ponoć w jej posiadaniu od 1999 roku. Jest to kilkanaście hektarów, w tym 500 metrów zaoranej z pasją i złością ziemi.

Po drugie, w tym wielce improwizowanym spotkaniu lokalnych samorządowców z mediami nie bierze żaden przedstawiciel władz miejskich.

Po trzecie, leśniczy Leśnictwa Strzeszynek Andrzej Heigelmann mówi, iż pod jego parasolem jest 750 hektarów lasu i ziemi. To teren od ulicy Niestachowskiej na wschodzie po Kiekrz na zachodzie, jak również od ulicy Koszalińskiej na północy do Słupskiej na południu.


Poznańskie media, wszystkie, natychmiast i z głośnym oburzeniem zareagowały na skandaliczne zaoranie ścieżki rowerowej. Niezwykła konferencja prasowa pod znakiem zakazu.

Andrzej Heigelmann, leśnik z 36-letnim stażem - w tym 20 lat w strzeszyńskich lasach, narzeka. – Za dużo ich, czyli lasów, przechodzi w prywatne ręce. Jeden z nich należy do Wojciecha K., który kilkanaście lat temu zamarzył sobie o miejscu w Senacie, ale jako kandydat niezależny się do niego nie dostał. Pan Andrzej wstrzymuje się z otwarta krytyką, ale wyczuwam, że miałby wiele do powiedzenia o tych, którzy swój status i pozycję społeczną chcą podnosić w oczach innym posiadaniem lasu.

Okazuje się w trakcie konferencji prasowej, że ziemia należąca obecnie do Romana Swołocza (przypominam nazwisko umowne) od 1945 roku do 1999 należała do Henryka Przybyła, który żył w zgodzie z leśnikami, rowerzystami i władzami.

Ścieżka rowerowa Rusałka - Strzeszynek istniała od zakończenia II wojny światowej i nigdy dotąd właściciel jej 500 metrów nie zdecydował się na tak szalony czyn.

Co zatem powodowało umownym Romanem Swołoczem, że zrobił tak głęboką orkę, performance na cały Poznań?

Hipotez jest kilka. Tworzyli je dziś dziennikarze i oburzeni rowerzyści. Pierwsza oto, to taka, że właściciel tej ziemi postradał umysły. I poszedł, jak to się mówi, na całość. Zdumiewa jednak precyzja tego odwracania ziemi. Stąd wniosek, że Roman S. działał w pełni świadomie i motywacja była wyraźnie skalkulowana.

Po drugie, Roman S. wyrządził szkodę rowerzystom, ale chciał coś spektakularnie i dramatycznie zaznaczyć. Może to, że trzeba ustawić bramki, jak na autostradach, by rowerzyści, piesi i inni płacili, na przykład 50 groszy, za przejazd. A może ta wzorcowa orka była sygnałem dla placu Kolegiackiego i prezydenta Ryszarda Grobelnego, że musimy się dogadać według formuły: ja wyrażam zgodę na przejazd - miasto płaci coroczną opłatę za użytkowanie 500 metrów drogi.

Po trzecie, Roman Swołocz (przypominam umowność tego nazwiska) może ma jakiś większy plan. Może na ziemi, którą posiada, chciałby coś zbudować. Może nowy Sheraton, Centrum Mody, może blokowiska od lasu do lasu. Może, ciągle gdybam, miasto nie wyraziło zgody na ambitne plany tajemniczego biznesmena i on w ataku furii postanowił mocno wiosennie spulchnić ziemię.

Dziś dziennikarze, tak to już jest, dzielili się informacjami. Roman Swołocz jest wielce tajemniczą postacią. Nie wiadomo, czy pisał o nim kiedyś "Puls Biznesu", czy robił interesy w Kwidzynie (miasto życzliwe bardziej kolarzom niż Poznań), czy u Amerykanów uczył się dealowania.

Jedno jest pewne: zaorane 500 metrów ścieżki rowerowej, najpiękniejszej w Poznaniu, jest aferą, jest sprawą nie do zlekceważenia, jest kwestią do publicznego wyjaśnienia.

Tajemniczy biznesmen jeśli miał odwagę posłać pługi do akcji, niech publicznie określi swe stanowisko: co go uwiera, kto mu przeszkadza, dlaczego wywołuje społeczny ferment w Poznaniu.

Pytań, aż nadto, jest także dla ludzi z placu Kolegiackiego. Czy miasto nie wiedziało, że ścieżka biegnie przez 500 metrów prywatnego gruntu, czy, czy, czy...

Dziś cały Poznań dowiedział się o zaoranej ścieżce rowerowej, oburzali się rowerzyści. Teraz czas przerwać milczenie: dotyczy to w równej mierze władz miasta, jak i tajemniczego biznesmena, któru uznał, że na swoim gruncie może zrobić wszystko. 

 

Logo BCM Nowatex - Producent odzieży rowerowej, sportowej, kolarskiej

EUROBIKE

 

 
WSTECZ HOME E-MAIL