R E K L A M A :
 Newsletter >
 Wyślij znajomym >
 Dodaj do ulubionych
  Szukaj na stronie.
Jesteś 17786655 gościem na naszej stronie
Aktualizowano: 2017-04-28
Spotkanie mistrzów szosy w Dąbrówce

 

Ryszard Szurkowski, Zenon Czechowski i Andrzej
Kaczmarek wspominali Wyścigi Pokoju


Zenon Czechowski (od lewej), Ryszard Szurkowski i Andrzej Kaczmarek wspominali w miniony piątek przez ponad dwie godziny w Piątkowskim Centrum Kultury "Dąbrówka" swe starty w Wyścigu Pokoju.  

– Nie przyjechałem do was z pustymi rękoma - powiedział Ryszard Szurkowski, zwracając się do Zenona Czechowskiego i Andrzeja Kaczmarka. – Ty Zenek naprawdę szybko finiszowałeś!, zobacz na tej fotografii - śmieje się polski kolarz wszech czasów. I dodaje: Przywiozłem trochę zdjęć, które są świadectwem waszych i moich sukcesów, gdy razem ścigaliśmy się w Wyścigu Pokoju - podkreślił jeden z najbardziej znanych polskich sportowców.

– Mam w domu dużo zdjęć. Wszystkich ich nie liczyłem, ale będzie tego naprawdę dużo: dwie pełne walizki i cztery duże kartony. Kiedyś, gdy miałem trochę więcej wolnego czasu, usiadłem przy nich i zacząłem je porządkować, układać latami. Było co robić, gdyż dwadzieścia lat rywalizowałem na szosach całego świata.

Ryszard Szurkowski przyjechał w miniony piątek do Poznania na spotkanie dawnych mistrzów szosy z mieszkańcami Grodu Przemysła, które odbyło się w "Dąbrówce" na Piątkowie. Obok niego, na scenie, usiedli znani kolarze: poznaniacy - Zenon Czechowski i Andrzej Kaczmarek. Przez ponad dwie godziny uczestnicy Wyścigu Pokoju wspominali majową imprezę i swą drogę do kolarstwa.

Kapitan, czyli Zenon Czechowski. - Urodziłem się w Poznaniu w listopadzie 1946 roku. Jako młody chłopak mieszkałem niedaleko Cytadeli (na Sołaczu - róg Dobrzyńskiej i Urbanowskiej), miejsca zaciętych walk w lutym 1945 roku. Na tym wojennym pobojowisku z kolegami bawiliśmy się we wszystko, co tylko się dało. Próbowałem szczęścia w sporcie, najpierw w hokeju na trawie, później w kolarstwie.

– Miałem trzynaście lat, był lipiec 1960 roku, gdy z kolegami na rowerach wybraliśmy się na pola Grunwaldu, by uczestniczyć w obchodach 550. rocznicy polsko-litewskiego zwycięstwa nad Krzyżakami. W jedną stronę mieliśmy prawie 400 km, z powrotem prawie też tyle samo. Jechałem na rowerze ojca, który wyposażył go w łańcuch od motocykla SHL. Daliśmy radę. Ten patriotyczny wyjazd, trwał siedem dni, pokazał mi samemu, że mam dużo siły do jazdy na rowerze. Rok później byłem już zawodnikiem sekcji kolarskiej Lecha Poznań.

– Debiutowałem w Wyścigu Pokoju w roku 1967. Miałem wówczas 20 lat (21. urodziny obchodziłem w listopadzie), wygrałem dwa etapy. To było niesamowite przeżycie, gdyż w ten sposób spełniało się moje marzenie, by uczestniczyć w imprezie, w której w 1956 roku triumfował Polak Stanisław Królak. On był idolem mojego pokolenia.

– Przyszedł rok 1970. Byłem kapitanem odmłodzonego zespołu polskiego na Wyścig Pokoju. To był niezapomniana impreza, mój czwarty w niej start. Jechaliśmy w siódemkę: Ryszard Szurkowski (drugi jego start), Zygmunt Hanusik, Krzysztof Stec, Andrzej Kaczmarek (debiutant), Wojciech Matusiak (debiutant), Zbigniew Krzeszowiec (debiutant) i ja. Tego roku trasa wiodła z Pragi przez Warszawę do Berlina. Wygraliśmy wyścig drużynowo i Rysiu Szurkowski indywidualnie. Wygraliśmy dziewięć z piętnastu etapów. Ja wygrałem dwa: 15 maja z Usti nad Łabą do Hradec Kralove i 20 maja z Bydgoszczy do Poznania.

– Etap z Bydgoszczy do Poznania miał 137 kilometrów. Dominowaliśmy w tym Wyścigu Pokoju, rządziliśmy peletonem i bardzo mi zależało, by wygrać etap do swego miasta. Na Stadion im. 22 Lipca wjechaliśmy wzorowo i ja byłem pierwszy na mecie, Rysiu Szurkowski - drugi, Zyga Hanusik - trzeci. Wypełniony bo brzegi stadion, kilkadziesiąt tysięcy ludzi, wiwatował na naszą cześć. To było niesamowite przeżycie, gdy Polacy traktowali nas jak bohaterów narodowych. Na każdym kroku słyszałem swe nazwisko: Czechowski, Czechowski, Czechowski... Płynęło z radia, z telewizji, było na szpaltach gazet. Momentami czułem się zakłopotany, gdyż rodacy chcieli nas nosić na rękach, prosili o autografy. Swymi sukcesami budziliśmy entuzjazm narodowy, a w roku 1970 byliśmy nie do pokonania na trasie prawie dwóch tysięcy kilometrów z Pragi przez Warszawę do Berlina.

Rok później, w 1971 roku, w swym piątym starcie w Wyścigu Pokoju zajął w klasyfikacji generalnej drugie miejsce za Ryszardem Szurkowskim. W roku olimpijskim, 1972, kończy definitywnie w wieku 25 lat karierę sportową.

Lider, czyli Ryszard Szurkowski. – Podobnie jak Zenek, chciałem być kolarzem - mówił w piątek w "Dąbrówce" Ryszard Szurkowski. – Ze swego rodzinnego Świebodowa na Dolnym Śląsku chciałem się wyrwać w świat. Pierwsze imprezy kolarskie w których brałem udział odbywały się w Miliczu: z okazji Pierwszego Maja, święta lipcowego (22 - to informacja dla młodego pokolenia) i jeszcze jesienią. Trzy wyścigi w sezonie i wszystko.

– Dążyłem do tego, by uprawiać sport, by być kolarzem. Miałem bardzo silną motywację. Nie tylko sam jeździłem, ale i namówiłem kilku innych kolegów z mojej wioski do uprawiania tej dyscypliny sportowej - Tadeusza Żurka i Bronisława Didyka. Jeździliśmy wspólnie, marzyliśmy o tym, by startować gdzieś dalej od rodzinnego domu. Reprezentowaliśmy LZS Milicz, ale sami musieliśmy o wszystko zadbać: o rowery, o dętki, o inne rzeczy - podkreśla Ryszard Szurkowski.

Droga do kolarskiego tronu nie była specjalnie łatwa. Zdrowy, silny, mocny i młody Ryszard Szurkowski został wcielony do Wojska Polskiego, jednostka w Tarnowskich Górach. W lecie 1966 roku zapalony adept kolarstwa przebywał w Radomiu na ćwiczeniach wojskowych na miejscowym poligonie. Trener Radomiaka Radom Ryszard Swat postarał się jednak, by wojskowi pozwolili młodemu zawodnikowi (talentowi najczystszej wody) trzymać rower w koszarach i w czasie wolnym od zajęć trenować oraz także się ścigać. I wówczas pojawiły się pierwsze sukcesy: drugie miejsce, pierwsze miejsce, drugie miejsce. Sporo wówczas Ryszard Szurkowski kolarsko nawojował w Kieleckiem.

Uczył się zatem rzemiosła wojskowego i każdą wolną chwilę poświęcał rowerowi. Motywacja, determinacja, zaciętość, upór - były naprawdę duże. I kiedy wyszedł z wojska, miał już na swym koncie kilka sportowych sukcesów, drogą przypadku trafił do wrocławskiego klubu sportowego Dolmel.

Co tu dużo mówić, w tym klubie i z tym klubem przeżył najwspanialsze lata swej sportowej kariery. Tak na dobrą sprawę zaczął ostro trenować w styczniu 1968 roku, by dwa miesiące później (w marcu), w wieku 22 lat, zostać mistrzem Polski w kolarstwie przełajowym w Prudniku. Ten sukces i styl, w jakim Ryszard Szurkowski jechał po swój pierwszy krajowy championat - zwrócił nań uwagę Henryka Łasaka. Wielkiego trenera, twórcę potęgi polskiego kolarstwa.

Rok później wystartował w Wyścigu Pokoju, o którym jako nastolatek słyszał wiele i o startujących w nim polskich kolarzach: Stanisławie Królaku, Stanisławie Gaździe, Bogusławie Fornalczyku. W tym debiutanckim WP, którego trasa wiodła z Warszawy do Berlina zajął drugie miejsce. Przegrał z Francuzem o nazwisku Jean-Pierre Danguillaume.

Za rok znów jechał w Wyścigu Pokoju i tym razem wygrał. Startował w w tej wielkiej imprezie sześć razy. I cztery razy w nim zwyciężył (1970, 1971, 1973, 1975). W sumie w tych zawodach przejechał 89 etapów, wygrał 13 etapów, a po 9 razy był drugi i trzeci.

– Wyścig Pokoju tamtych lat. To było niezwykłe wydarzenie sportowe. Pisało się o nim już od lutego. Trwały nie tylko prasowe rozważania, który z kolarzy polskich w nim pojedzie. To był nie tylko czas kolarskiego święta dla nas, ale i czas, kiedy kolarze w biało-czerwonych koszulkach budzili i ożywiali narodową dumę. Tysiące kibiców na trasie, relacje w Polskim Radiu i Telewizji Polskiej, tysiące ludzi na stadionach - w Polsce, także w Czechosłowacji i NRD. Polacy żyli przez dwa tygodnie imprezą, chcieli wiedzieć, jak jadą kolarze, jakie odnoszą sukcesy, jak się im wiedzie. O nas się mówiło, dyskutowało, byliśmy obecni na pierwszych stronach gazet - wspominał w miniony piątek w "Dąbrówce" Ryszard Szurkowski.

– To były piękne lata. Polska miała wspaniałych kolarzy. Być w kadrze narodowej i jechać w Wyścigu Pokoju było marzeniem każdego polskiego kolarza. Stanisław Szozda, mój rówieśnik Zenon Czechowski z Poznania, Tadeusz Mytnik, Zbigniew Krzeszowiec, Andrzej Kaczmarek z Poznania, Jan Brzeźny. Zbigniew Szczepkowski. I wielu, wielu innych. Ale to była elita, zaś o wstęp doń co roku zabiegało ponad 200 młodych kolarzy znad Wisły i Odry. I ta kolarska młodzież ciągle atakowała nas - mistrzów.

W najbardziej pożądanej w Wyścigu Pokoju koszulce lidera Ryszard Szurkowski przejechał aż 52 etapy. I zrozumiał więcej od innych kolarzy, jak bardzo buduje psychikę sportowca bycie liderem, bycie pierwszym, najlepszym.

Wyścig Pokoju - sześć razy, mistrzostwa świata, igrzyska olimpijskie, Tour de Pologne. To tylko fragment biografii wybitnego kolarza, który w młodości zapragnął zobaczyć (na rowerze) co ciekawego dzieje się poza granicami jego wioski, powiatu milickiego, Dolnego Śląska. Także poza granicami Polski.

Ryszard Szurkowski uprawiał kolarstwo przez dwadzieścia lat - od 1964 do 1984 roku. W tym czasie pokonał na rowerze kilkaset tysięcy kilometrów, będzie tego około pół miliona. Od wiosny po późną jesień, ale także i zimą, ścigał się na rowerze. Przede wszystkim na szosie. I siedemset razy stawał na podium. 350 razy jako zwycięzca, jako ten najlepszy, któremu należą się nagrody i pocałunki hostess. 350 razy zajmował (łącznie) miejsca drugie i trzecie.

Ryszard Szurkowski i jego koledzy nie wybierali czasów, w których żyją. Byli kolarskimi amatorami, reprezentowali wspaniały sportowy poziom i nie dziwi wcale, że byli chętnie zapraszani na wyścigi do zachodniej Europy. Na wielkie wyścigi, w których startowały gwiazdy zawodowego peletonu, jak choćby Belg Eddy Merckx.

Przez długie lata był idolem polskiej młodzieży, która chciała ścigać się na rowerze i upodabniać do niego, tak jak on wcześniej do Stanisława Królaka.

Ścigał się dwadzieścia lat i to w czasie, gdy kolarstwo w Polsce było w rozkwicie i gdy ciągle pojawiały się nowe twarze w peletonie. Kolarska przyjaźń, pamięć o wspólnych latach spędzonych na szosie, szacunek wobec kolegów - pozostały na zawsze. – Stąd też na ile możemy - to się spotykamy, jesteśmy tam, gdzie taka potrzeba zaistniała - mówi Ryszard Szurkowski.

– Takie spotkanie, jak dzisiejsze w "Dąbrówce", z kolegami z reprezentacji Polski na niezapomniany Wyścig Pokoju w roku 1970 - z Zenkiem Czechowskim i Andrzejem Kaczmarkiem - pokazują siłę kolarskiej przyjaźni. Przywiozłem im zdjęcia, by przypomnieli sobie, jak bardzo mi pomagali na szosie, choć sami byli wielcy.

– Jako sześciokrotny uczestnik Wyścigu Pokoju, jako jego czterokrotny triumfator poczuwam się do tego, by w przyszłym roku zorganizować spotkanie polskich kolarzy, którzy startowali w Wyścigu Pokoju - podkreśla Ryszard Szurkowski. - I jeśli wszystko ułoży się po mojej myśli - takie spotkanie odbyłoby się w Poznaniu.

Ofiarny pomocnik, czyli Andrzej Kaczmarek. Poznaniak od urodzenia, 25 listopada tego roku ukończy 65 lat. Zaczynał przygodę z rowerem w Klubie Sportowym Stomil pod okiem Ryszarda Pawlaka. Było to w roku 1965.

– Służbę wojskową odbywałem w Gnieźnie, w miejscowym pułku Obrony Terytorialnej Kraju. Podobnie jak Rysiu Szurkowski, do jednostki wojskowej zabrałem rower i jeździłem niezwykle intensywnie na szutrowej bieżni. Miałem jednak szczęście do dowódców i przełożonych, że pozwalali mi trenować. Po wyjściu z wojska, był to rok 1968, przyszły sukcesy i powołanie do kadry narodowej polskich kolarzy w roku 1969.

– Debiutowałem w Wyścigu Pokoju w roku 1970. W polskiej ekipie, niesłychanie silnej, jechało wówczas dwóch poznaniaków: Zenek Czechowski i ja. Ustaliliśmy w drużynie, że etap do Poznania wygra Zenek Czechowski, ja natomiast - do Bydgoszczy. Tak też i się stało. Etap rozpoczynał się we Włocławku, liczył 103 kilometry i kończył na stadionie Zawiszy. Wjechałem jako pierwszy na bieżnię, wygrałem etap. Za mną jako drugi przyjechał Rosjanin Władimir Sokołow, za nami kilkanaście sekund później Rysiu Szurkowski.

W tym debiutanckim starcie Andrzej Kaczmarek w klasyfikacji generalnej zajął piąte miejsce. Do zwycięzcy Ryszarda Szurkowskiego stracił 6 minut 39 sekund. Przed nim uplasował się na miejscu trzecim Zygmunt Hanusik, za Andrzejem Kaczmarkiem Zenon Czechowski był szósty, Wojciech Matusiak - 9., Zbigniew Krzeszowiec - 31. i Krzysztof Stec - 32.

Andrzej Kaczmarek startował trzy razy w Wyścigu Pokoju - w latach 1970, 1971, 1973. W swym debiutanckim starcie w majowej imprezie zajął piąte miejsce, piąty był w roku 1973. Był ofiarnym pomocnikiem Ryszarda Szurkowskiego, niezawodnym w każdej sytuacji.

Andrzej Kaczmarek jako zawodnik zjeździł całą Europę, ścigał się w Wenezueli, w Algierii, w Maroku odmroził sobie ręce. Wygrał w 1974 roku wieloetapowy wyścig w Turcji, którego trasa prowadziła z Ankary do Istambułu. – Ścigali się kolarze z Bliskiego Wschodu, z Afryki Północnej, było kilka silnych ekip europejskich. Wygrałem ten wyścig indywidualnie, za swe zwycięstwo otrzymałem ogromnych rozmiarów lodówkę. Wszedłem do niej na stojąco, koledzy zrobili mi zdjęcie, bym miał pamiątkę, zaś nagrodę sprzedałem od razu za pół ceny - wspominał w "Dąbrówce" swój sukces sprzed lat. Karierę wyczynowego kolarza zakończył w 1980 roku.

Zamiast podsumowania. Ryszard Szurkowski 12 stycznia tego roku skończył 66 lat. Gra w tenisa, jeździ na rowerze i bardzo uważnie obserwuje to wszystko, co dzieje się w kolarstwie. – To musiało kiedyś pęknąć, tak się skończyć - tymi słowami w "Dąbrówce" objaśniał zamieszanie wokół Amerykanina Lance'a Armstronga. Zenon Czechowski (19 listopada ukończy 66 lat) rzadko obecnie siada na rower, ale nie stracił poczucia humoru i rozsądku, które go zawsze cechowało i predystynowało do roli kapitana polskich kolarzy na początku drogi ich spektakularnych sukcesów. Andrzej Kaczmarek (25 listopada ukończy 65 lat) jest niezwykle aktywny na rowerze. Od 2006 roku ściga się w maratonach MTB. W najbardziej prestiżowym cyklu tego typu imprez, jaką jest Skandia Maraton Lang Team, w tym roku zajął trzecie miejsce w klasyfikacji generalnej na dystansie Mini w kategorii M6 (60 lat i więcej). Przed trzema zaś laty, w październiku 2009, podczas wielkiego finału maratonów Skandii i Czesława Langa w Kwidzynie miał wielkie szczęście w losowaniu głównej nagrody: wygrał samochód Mazda 2.

Ryszard Szurkowski, Zenon Czechowski, Andrzej Kaczmarek - to panowie po sześćdziesiątce. W miniony piątek w "Dąbrówce" ich opowieści i zwierzeń słuchało wiele osób. W większości byli to ludzie starsi, choć nie zabrakło młodych ludzi, którzy dowiadywali się o tym, jak 42 lata temu znakomici polscy kolarze zapisywali swe miejsce w historii. Nie tylko sportu, nie tylko kolarstwa.

I jeszcze jedno: Poznańskiej Spółdzielni Mieszkaniowej (wiceprezesowi Michałowi Tokłowiczowi) i Poznańskiemu Towarzystwu Cyklistów (wiceprezesowi Markowi Klujowi) należą się słowa podziękowania za zorganizowanie takiego spotkania. Myślę sobie jednak głośno, że warto byłoby w tym miejscu, w "Dąbrówce", posłuchać i innych mistrzów polskiej szosy, jak choćby Janusza Kowalskiego, Lecha Piaseckiego i Czesława Langa.

                                                                               Piotr Kurek

 

Logo BCM Nowatex - Producent odzieży rowerowej, sportowej, kolarskiej

EUROBIKE

 

 
WSTECZ HOME E-MAIL