R E K L A M A :
 Newsletter >
 Wyślij znajomym >
 Dodaj do ulubionych
  Szukaj na stronie.
Jesteś 20688215 gościem na naszej stronie
Aktualizowano: 2017-10-18
Andrzej Kaiser

 

27 lat w wyścigowym rytmie
Andrzej Kaiser nie zamierza
na razie zawieszać roweru na kołku


Andrzej Kaiser, ikona polskich maratonów MTB, zaprasza do siebie - do Bytowa na Skandię Maraton Lang Team. Impreza odbędzie się w najbliższą sobotę - 15 czerwca 2013.

W listopadzie, dokładnie dziewiętnastego, skończy czterdzieści lat. Andrzej Kaiser jest kolarzem, ikoną maratonów MTB w Polsce. Na rowerze, w wyścigowym rytmie, spędza już dwudziesty siódmy sezon. W najbliższą sobotę w Bytowie, gdzie przyszedł na świat i gdzie nieprzerwanie mieszka od urodzenia, wystartuje w piątej edycji tegorocznego cyklu Skandia Maraton Lang Team.

– Nie ukrywam, że chciałbym wygrać w Bytowie, czyli u siebie - mówi 39-latek. – Mieszkam w mieście, które dało naszemu kolarstwu Czesława Langa, wicemistrza olimpijskiego z Moskwy, znakomitego szosowca, od wielu już lat (dwudziestu jeden) najważniejszego organizatora imprez kolarskich w Polsce. W końcu, jakby nie patrzeć, jestem rozpoznawalną postacią w Bytowie i stąd znajomi oraz koledzy pytają, z dużą dozą sympatii i pozytywnego oczekiwania, czy wygram w najbliższą sobotę?

– W kolarstwie, a ścigam się już dwadzieścia siedem lat, nie jest tak, że zawodnicy robią prezent koledze tylko dlatego, że ma jakąś rocznicę, okrągły jubileusz. Trzeba na sukces zapracować, trzeba być dobrym, najlepszym - śmieje się sympatyczny bytowianin.

Miał trzynaście lat, była jesień 1986 roku, gdy trafił do Baszty Bytów, klubu sportowego, w barwach którego na początku swej kariery jeździł Czesław Lang. – Trafiłem na Euzebiusza Marciniaka, tego samego trenera, na którego trafił wcześniej późniejszy pierwszy polski kolarz zawodowy.

Andrzej Kaiser dostał szosowego Jaguara i tak rozpoczęła się jego przygoda z kolarstwem, która trwa do dziś. – Trenowałem pilnie jako młodzik, jako junior, jako senior. Uczyłem się jazdy na szosie, w kolarskich przełajach, także w kolarstwie górskim. Dziś jest za mną ponad dwadzieścia sześć lat rywalizacji w rozmaitych zawodach, wiele sukcesów, ogrom doświadczenia.

– W ostatnich latach startuję, przede wszystkim, w maratonach MTB. Rocznie wypada od 30 do prawie 40 imprez. Są to zawody jednodniowe, jak i wieloetapowe.

Andrzej Kaiser wchodził do polskiego kolarstwa górskiego na początku lat dziewięćdziesiątych, gdy ten rodzaj cyklizmu stawał się modny i przyciągał młodych ludzi szukających czegoś nowego w rowerowej rywalizacji. – Łza się w oku kręci, gdy wspominam swój start w barwach reprezentacji Polski w Tour de France MTB. Był rok 1995, ja miałem 21 lat i razem ze mną w biało-czerwonych strojach wówczas jechali Dariusz Gil, Sławomir Barul i Marek Galiński. Liderem naszego teamu był Darek, wielokrotny mistrz Polski w kolarstwie górskim a ścigaliśmy się przez prawie dwa tygodnie w Masywie Centralnym. Sławek i Marek rok później wzięli udział w Igrzyskach Olimpijskich w Atlancie, gdzie MTB debiutowało jako nowa dyscyplina sportowa. Brał także udział w wieloetapowym wyścigu MTB (trzydniowym) w końcu lat dziwięćdziesiątych XX wieku na trasie Paryż-Roubaix, mając obok siebie reprezentantów Polski - Dariusza Gila, Marka Galińskiego, Grzegorza Bodnara, Roberta Banacha i Mariusza Kowala.

– Od tego startu w Tour de France MTB wkrótce minie osiemnaście lat - mówi Andrzej Kaiser. – Widzę z perspektywy prawie dwudziestu lat, jak zmieniało się kolarstwo górskie, jak coraz lepsze stawały się rowery, kaski, całe oprzyrządowanie.

Andrzej Kaiser pamięta swe pierwsze wyścigi XC, które trwały i ponad trzy godziny, zaś rundy były dość długie i były niesłychanie wyczerpujące. Teraz trwają do dwóch godzin, są bardziej dynamiczne, sekcje techniczne wymagają dużych umiejętności. I są jakby przygotowane pod potrzeby telewizji, czego przykładem są zawody Pucharu Świata XC - transmitowane na cały świat od ubiegłego roku przez firmę Red Bull.

Bytowianin startował kiedyś w rozmaitych cyklach maratonów MTB, swymi osiągnięciami i nazwiskiem promował te imprezy. – Teraz nie chce mi się ścigać w zawodach, gdzie za pierwsze miejsce otrzymam pompkę do roweru lub parę opon rowerowych. Jestem profesjonalnym kolarzem i jeśli wygram chciałbym otrzymać premię finansową. Tak jest w Skandia Maraton Lang Team na dystansie Grand Fondo (najdłuższym - Puchar Polski) oraz w Grand Prix Kaczmarek Electric MTB, gdzie za pierwsze miejsce otrzymam 1000 złotych, za drugie 700,00, za trzecie 500,00.

Trenuje jak kiedyś, bardzo profesjonalnie. Co roku przejeżdża około 20 tysięcy kilometrów na rowerze. Specjalnie nie lubi zimy, choć kiedy kończy się sezon letni nie zawiesza roweru na kołku, tylko przesiada się na przełajowy i startuje w zawodach Pucharu Polski.

– Lubię przełaje. Uczą techniki jazdy. Także po śniegu, po zalodzonych odcinkach trasy. Z moim przyjacielem, świętej pamięci Markiem Cichoszem, wielokrotnie startowaliśmy w Belgii, gdzie tłumy ludzi przychodzą obserwować, dopingować i podziwiać mistrzów jazdy po błocie.

W roku ubiegłym i w tym roku do startów przygotowywał się w Hiszpanii - w Lloret de Mar pod Barceloną. Treningi poza jazdą na rowerze obejmują także narty, siłownię i basen. Andrzej Kaiser ma 193 centymetrów wzrostu, waga - 76 kilogramów. – Zimą mogę sobie cokolwiek pofolgować, ale w rytmie wyścigowym trzymam się normy 76 kg. Lubi kuchnię włoską. Jeśli ktoś kiedyś chciałby zrobić mu przyjemność, powinien Pana Andrzeja zaprosić na pierogi ruskie.

Na rytm życia Andrzeja Kaisera składają się treningi, wyścigi, praca i rodzina. Ćwiczy dużo, choć przyznaje, że młodzi i żądni sukcesów w kolarstwie zawodnicy trenują od niego więcej, ale chyba według gorszych reguł i metod. Maratonów co roku wypada ponad trzydzieści. Prowadzi sklep rowerowy w Bytowie przy ulicy Sikorskiego 39, gdzie każdemu służy pomocą. Jeśli ktoś z wypoczywających na Kaszubach miałby problem z rowerem, Pan Andrzej zaprasza do swego sklepu.

Rodzina to odrębny i jakże ważny temat. Z żoną Lucyną i starszym z synów - Adrianem (16 lat) w sobotę wystartują w Skandia Maraton Lang Team. Żona i syn na Mini (35 kilometrów), Pan Andrzej na Grand Fondo (najdłuższym - 93 km).

– Startuję u siebie i chciałbym wygrać, ale rywale są mocni i dużo młodsi. Znam trasę, miałem też wpływ na jej przebieg - mówi Pan Andrzej, który we wtorek 11 czerwca od poranka pracowicie razem w leśnikami i strażakami uzgadniał, gdzie trzeba postawić ludzi, by maratończycy mogli się bezpiecznie ścigać.

Przed rokiem, gdy po raz pierwszy w Bytowie pasjonaci kolarstwa górskiego ścigali się w maratonie Skandii i Czesława Langa, zajął na Grand Fondo trzecie miejsce, za Dariuszem Batkiem i Wojciechem Halejakiem.

W dwudziestym siódmym roku swych startów osiągnął bodaj swój największy sportowy sukces: triumfował w I Rajdzie Wyszehradzkim. I swą jazdą przyłożył się do drużynowego sukcesu, w barwach którego jechali: Magdalena Hałajczak oraz Aleksander Dorożała, Radosław Lonka, Rafał Jaros, Radosław Tecław, Zbigniew Górski i Dariusz Wojciechowski.

19 listopada Andrzej Kaiser ukończy 40 lat. Koledzy z dawnych lat, jak Dariusz Gil i Sławomir Barul, pokończyli już kariery. Bytowianinowi dopisuje zdrowie, dba o siebie i potrafi utrzymać sportowy poziom, który gwarantuje mu sukcesy i zwycięstwa. Nie myśli na razie o tym, by zawiesić swój rower na kółku. W czasie wolnym od pracy, startów i treningów lubi posłuchać dobrej muzyki rockowej. W lutym pojechał z żoną do Katowic, by posłuchać wirtuoza gitary Slasha, kilka dni po bytowskim maratonie MTB też z żoną obejrzą i wysłuchają w gdańskiej Arenie zespół Bon Jovi.

Syn Adrian (rocznik 1997) ma za sobą już starty w maratonach MTB. Uczy się dobrze, kończy wkrótce gimnazjum w Bytowie, by od września rozpocząć dalszą edukację w Szkole Mistrzostwa Sportowego w Świdnicy.

Nie wiem kiedy Andrzej Kaiser - ikona polskich maratonów MTB - zakończy karierę kolarza, ale syn Adrian gwarantuje ciągłość sportową znanej rodziny z Bytowa. Także i młodszy syn - Kuba (14 lat) jeśli tylko zechce parać się kolarstwem - ma w zasięgu ręki ojca, który przed ponad ćwierć wieku pracą, talentem i sukcesami tworzył i nadal tworzy piękną kartę polskiego kolarstwa górskiego.

                                                                Piotr Kurek

 
To była niezapomniana jazda
Z Andrzejem Kaiserem rozmawia Piotr Kurek

– Andrzej Kaiser przechodzi do historii jako zwycięzca I. Wyszehradzkiego Rajdu Kolarskiego.

– Wygrałem, z czego, nie ukrywam tego, bardzo się cieszę. Tego sukcesu, tego zwycięstwa nie byłoby bez zgodnej jazdy moich kolegów z poznańskiego Corratec Teamu. Aleksander Dorożała, Radosław Lonka, Rafał Jaros, Radosław Tecław, Zbigniew Górski i Dariusz Wojciechowski bardzo mocno pracowali na trasie: dawali solidne zmiany, ciągnęli, szarpali, jechali na medal.

– Ekipa Corratec Teamu liczyła kilka osób, jedną kobietę i siedmiu mężczyn. Startowaliście jako ostatnia ekipa?

– Startowaliśmy, nie razem, ale ekipami. My, jako Corratec Team, na samym końcu - jako dziesiąta ekipa. Plan był dla nas prosty: od szesnastej do zmroku musimy być na początku wyścigu. Stąd tempo w pierwszych godzinach jazdy było niesłychanie wysokie - średnio 43 kilometry na godzinę.

– Dariusz Wojciechowski - szosowy mistrz Polski z 1996 roku, Radosław Lonka - dwukrotny triumfator Tour de Pologne Amatorów z lat 2011-2012, Aleksander Dorożała - triumfator wielu maratonów MTB w Polsce, Andrzej Kaiser i inni...

– Jechaliśmy jako Corratec Team, ale powiem wprost: to była ekipa godna Polski. Ja wygrałem indywidualnie, Magda Hałajczak triumfowała wśród kobiet, trzy pierwsze miejsca na podium dla mężczyzn zajęli zawodnicy z poznańskiego zespołu: Andrzej Kaiser, Dariusz Wojciechowski i Zbigniew Górski.

– 500 kilometrów na rowerze nie obejdzie się bez pomocy?

– Bohaterów tego wyścigu jest wielu: wygrała Magda Hałajczak, ja wygrałem, wygrał Corratec Team. Szanuję wysiłek Aleksandra Dorożały, który był niezwykle ofiarnym pomocnikiem nie tylko dla mnie. Ryszard Pawlak z Poznania, człowiek kolarstwa od ponad 50 lat, stworzył team zwycięzców, triumfatorów. Wielce pomogli nam i skutecznie doradzili, jak ubrać się na nocną jazdę Artur Spławski i Franiszek Harbacewicz - utytułowani nie tylko w Polsce mastersi, mający w swym dorobku tytuły mistrza i wicemistrza świata w tej kategorii wiekowej.

– Jazda nocą zawsze może być trudna, niebezpieczna?

– Najtrudniejszy fragment trasy? Chyba ten do Żyliny, zjazd o długości pięciu kilometrów, i to kiedy? Kiedy jest północ, kiedy jest ciemno, i kiedy księżyc nie rozświetlał nam drogę. Było szybko, dynamicznie, ale z zachowaniem elementarnych zasad bezpieczeństwa. Cenne były rady w tym względzie Lecha Piaseckiego, znakomitego kiedyś kolarza.

– Prawie czternaście godzin na rowerze, ponad 500 kilometrów do przejechania. O czym pan myślał między Budapesztem a Krakowem?

– Jedzie się 500 kilometrów. Dniem, nocą i o poranku. Myśli się o sobie, o rodzinie o kolegach - o zmarłym przed rokiem Marku Cichoszu, kolarzu z Bytowa. Pierwsza myśl jest taka: by dojechać do mety, do Krakowa - nie mogę zgłodnieć, nie mogę w którymś momencie poczuć się bez sił. Zatem jadłem, odżywiałem się maksymalnie. Ale jest też sporo czasu, by pomyśleć o życiu, o sporcie, o wyczynie, o jakimś wyjątkowym wydarzeniu, w którym uczestniczę, i które - jak się okazuje ostatecznie - wygrywam.

 

 

Logo BCM Nowatex - Producent odzieży rowerowej, sportowej, kolarskiej

EUROBIKE

 

 
WSTECZ HOME E-MAIL