R E K L A M A :
 Newsletter >
 Wyślij znajomym >
 Dodaj do ulubionych
  Szukaj na stronie.
Jesteś 18567228 gościem na naszej stronie
Aktualizowano: 2017-06-26
Maja Włoszczowska

 

Marzę o złocie w Londynie

Z Mają Włoszczowską, wicemistrzynią olimpijską w kolarstwie górskim z Pekinu, rozmawia Piotr Kurek 


Fot. Krzysztof Rybarczyk

 – Szczerze gratuluję Pani sukcesu. To było sześć okrążeń o długości 4400 metrów każde, piękny wyścig kolarski, który sprawił, że wielu kibiców w Polsce miało łzy w oczach, obserwując w telewizji pani jazdę na rowerze górskim po srebrny medal olimpijski. Jakie to uczucie, jaka radość, gdy do zawodnika dociera świadomość, że wielki sukces jest w zasięgu ręki?

– To trudno tak ubrać w słowa. Po pierwsze, zawodnik - czyli ja - doświadcza fantastycznych wrażeń będąc potwornie zmęczonym. Po drugie, jest to zwieńczenie kilku lat ciężkiej pracy. Oprócz takiej niesamowitej radości, jaką odczuwałam po minięciu mety, ogarnęło mnie uczucie wielkiej ulgi, że tyle lat treningu i wyrzeczeń nie poszło na marne, że optymalnie udało mi się przygotować do najważniejszej dla każdego sportowca imprezy - do Igrzysk Olimpijskich w Pekinie.

– Pani sukces to również sukces trenera Andrzeja Piątka i zespołu ludzi, który z nim współpracuje? 

– Tak. To przede wszystkim wielki sukces Andrzeja Piątka, całego naszego teamu HALLS, rodziny z moją mamą na czele i wielu, wielu innych osób, które wierzyły w moje sportowe możliwości, wspierały nie tylko duchowo podczas ciężkich treningów w ostatnich kilku miesiącach - przed wyjazdem do Chin.

 – Czy wierzyła Pani w to, że medal olimpijski jest dlań osiągalny? 

– Zawsze wierzyłam w to, że stać mnie na medal olimpijski. To było moje wielkie marzenie ostatnich kilku lat. Na moim przykładzie widać, że marzenia - takie piękne, sportowe, choć trudno osiągalne - się spełniają. Jeśli sportowiec wierzy w siebie, w swe możliwości, powinien czynić wszystko, by tak się stało.

– Urodziła się pani w listopadzie 1983 roku. Gdzie, jeśli można zapytać, gdyż w różnych materiałach prasowych pojawiają się dwa miejsca: Warszawa i Piechowice?

– Urodziłam się 9 listopada 1983 roku w Warszawie. W stolicy Polski mieszkałem przez pierwszych pięć lat życia - przy ulicy Odyńca na Mokotowie, później przeniosłam się do Jeleniej Góry, w której mieszkam do tej pory. Z Piechowicami miałam ten związek, że należałam do klubu kolarskiego z tej podjeleniogórskiej miejscowości. Nie wiem do dziś kto puścił w obieg informację, że urodziłam się w Piechowicach, choć wiem, że krąży ona po różnych portalach internetowych.

– W jakim wieku samodzielnie potrafiła przyszła medalistka Igrzysk Olimpijskich jeździć na rowerze?

– Pierwszy mój rower miał dodatkowe dwa kółka z boku i był koloru niebieskiego. Nauczyłam się na nim jeździć w Warszawie, nie pamiętam w jakim wieku. Wiem natomiast, że już w trzecim roku życia potrafiłam szusować na nartach, na które oczywiście wsadziła mnie moja mama.

– W różnych wypowiedziach często podkreśla pani, jak wielki i zarazem pozytywny wpływ na sportowca i jego sukcesy może mieć mama? 

– Tak naprawdę, mama ukształtowała mnie jako osobę, jako człowieka. Uczyła mnie tego, by stawiać sobie wysokie, ambitne cele. Jest bardzo wymagającym rodzicem, ale dzięki temu osiągnęłam bardzo dużo w życiu. To, że trafiłam do sportu - to jej właśnie wielka zasługa. Jako rodzina zawsze czas wolny spędzaliśmy na sportowo. Zimą - na nartach zjazdowych, latem - na rowerach. Później przyszedł czas na narty biegowe, które są dobrym uzupełnieniem treningu kolarza górskiego. Powiem tak: sport był zawsze obecny w moim życiu i dzięki temu jakby łatwiej przyszło mi się przebijać na ten najwyższy jego poziom - zawodowy. Gdyby nie mama, zapewne bym do sportu nie trafiła.

– Jak mama zaczęła przyjmować pani pierwsze sportowe sukcesy? 

– Na początku bardzo mnie zachęcała do treningów i startów w zawodach, kiedy moja kariera sportowa nabrała rozpędu - niekiedy hamowała moje ambicje. Bym nie tylko zachłysnęła się sukcesmi kolarskimi, ale i bym wiedziała, że poza sportem są inne sfery życia, których nie można pomijać. Jest to ważna osoba w moim życiu. Nie tylko doradca, ale także przyjaciółka.

– Jaki był początek pani przygody z kolarstwem?

– Były to amatorskie zawody Family Cup na rowerach, preferujące startujące razem rodziny. Impreza odbywała się w Karpaczu, zatem niedaleko Jeleniej Góry. Ja wystartowałam w kategorii młodziczek, mama Ewa w swej kategorii wiekowej. Ja wygrałam, mama była druga, rodzinnie zajęłyśmy pierwsze miejsce. To była fanatastyczna zabawa, piękne sportowe przeżycie. Jesienią 1997 roku.

– Wróciła pani z Pekinu. Jak została pani przyjęta w kraju, także przez środowisko bikerów - tych, którzy pasjami kochają jazdę na rowerze górskim?

– Teraz mam dużo różnych spotkań, podczas których ludzie mi gratulują. Ale po powrocie z Pekinu pojechałam do Piechowic, gdzie wystartowałam w maratonie MTB. Tysiąc kolarzy, przed startem, odśpiewało mi "Sto lat". Najwspanialsze jest to, że najcieplej, najserdeczniej, z entuzjazmem przyjmuje mnie środowisko kolarskie. To powitanie w Piechowicach było dla mnie wzruszające. I później powitanie w Jeleniej Górze na rynku przez władze miasta z jego prezydentem Markiem Obrębalskim na czele, także przez mieszkańców. To są ludzie, którzy kibicują mi na codzień, nie tylko z okazji Igrzysk Olimpijskich. Spotykam się z ludźmi, dzielę się z nimi swą radością i opowiadam o przebiegu zawodów cross country w Pekinie. Cieszy mnie to, że mój sukces sprawia tyle radości innym ludziom.

– 16 sierpnia - tydzień przed pani startem w Pekinie, kiedy Czesław Lang organizował zawody XC na Górze Szybowcowej w Jeleniej Górze, panowały tam ekstremalnie trudne warunki pogodowe. Wówczas pani nie wystartowała.

– Był deszcz, była mgła i z Aleksandrą Dawidowicz nie wystartowałyśmy. Nie można było ryzykować - jakiegoś upadku lub przeziębienia przed startem w Pekinie. Natomiast powitanie w Jeleniej Górze, po powrocie z Pekinu, było wzruszająco słoneczne. Myślę, że w przyszłości, także za moją sprawą, imprez kolarskich na najwyższym poziomie w Jeleniej Górze będzie dużo. Także i tych w rekreacyjno-amatorskim wymiarze.

– Proszę zdradzić, ile kilometrów rocznie przejeżdża pani na rowerze?

– W przedziale między 10 a 15 tysiącami kilometrów.

– Zawodnik tej klasy co pani ile rowerów zużywa w ciągu roku?

– Co roku otrzymuję nowy rower górski. Co dwa lata zmieniamy rowery szosowe. Częściej zmienia się osprzęt - przerzutkę, łańcuch. Najczęściej zaś opony. Jest tego sporo, ale na szczęście mamy doskonałych sponsorów, którzy zapewniają nam sprzęt najwyższej jakości. Ale moim rowerem zajmują się najlepsi mechanicy w Polsce.

– Jeździ pani na rowerze marki Scott. Czy to dobry rower? 

– To bardzo dobry rower. Mówię tak nie tylko dlatego, że to mój sponsor. Gdybym miała wybierać najlepszy z najlepszych rowerów, też postawiłabym na Scotta. Byłam kiedyś na prezentacji najnowszych modeli Scotta w Szwajcarii - w St. Moritz, poznałam ludzi, którzy je projektują. To są pasjonaci kolarstwa górskiego, świetni konstruktorzy.

– A z jakiego osprzętu pani korzysta?

– Korzystam, podobnie jak moje koleżanki i koledzy z teamu HALLS, z osprzętu Shimano. Sponsoruje nas centrala tego światowego koncernu. Jesteśmy jedną z niewielu grup kolarskich na świecie, która z tego korzysta. To dla nas, kolarzy HALLS Professional Team, duże wyróżnienie. Startuję na zawodach na doskonałych oponach marki Geax, dobieram je w zależności od warunków pogodowych i trasy.

– Kolarz musi mieć nie tylko rower, kask na głowie, ale i odpowiednio się ubrać. Co pani powie o strojach kolarskich marki Quest?

– To jest najlepsza marka na świecie, jeśli chodzi o ubiory kolarskie. Ja w takim stroju startowałem na Igrzyskach Olimpijskich w Pekinie, także nasza reprezentacja narodowa na 65. Tour de Pologne je miała. Firma Quest jest polską firmą, stworzyła ją moja mama. Ona zawsze chciała szyć, produkować stroje sportowe. Kiedy ja zaczęłam jeździć, przybyło jej motywacji, by tak właśnie robić. Myślała, by robić kolarskie stroje dla kobiet, bo tego brakowało na rynku. Powstają one z najlepszych materiałów sprowadzanych z Włoch, według najnowszych technologii. Siedziba firmy znajduje się w Jeleniej Górze i dziś produkuje ona stroje dla kolarzy nie odbiegające od najbardziej znanych marek świata.

– Czy Jelenia Góra to najlepsze miejsce do życia? 

– Fantastyczne miejsce, do życia i do jazdy na rowerze górskim. Panuje tu wspaniały klimat, jest to miasto o dużych mozliwościach, w którym człowiek czuje się jak w domu, jak w rodzinie. Ja jak wjeżdżam samochodem w Kotlinę Jeleniogórską, to już lepiej się czuję.

– Jak koleżanki i koledzy z grupy HALLS przyjęli pani sukces?

– Wszyscy oni się bardzo cieszyli, dostałem od nich gratulacje - i telefoniczne, i SMS-y. Mimo, że nasz wyścig odbywał się 23 sierpnia o godzinie 4 czasu polskiego, to według specjalistów z TVP, oglądało go w Polsce ponad 400 tysięcy ludzi. I nie dziwi wcale fakt, po jego zakończeniu dostałam setki SMS-ów z życzeniami i gratulacjami.

– Czy ma pani poczucie bycia ikoną sportu kolarskiego w Polsce? 

– Nie czuję się jeszcze tak wielką sławą, jak Ryszard Szurkowski. Ale chciałabym, by mój srebrny medal olimpijski przyczynił się do rozwoju kolarstwa, do jeszcze większej popularności mej dyscypliny sportowej - zwłaszcza wśród dzieci i młodzieży. Mój medal zobowiązuje mnie też do tego, by być wzorem dla młodego pokolenia, i by zawsze jeździć - nawet rekreacyjnie - z kaskiem na głowie.

– Czy ma pani szczęście w życiu? 

– Myślę, że tak. Trafiłam w swym życiu na właściwych ludzi we właściwym czasie, którzy pokierowali mną. To przede wszystkim Andrzej Piątek, wspaniały trener, który od dziesięciu lat szefuje kolarzom górskim w naszym kraju.

– Czy chciałaby pani sięgnąć po złoty medal na następnych Igrzyskach Olimpijskich w Londynie? 

– Jedno z marzeń już się spełniło, ale jak każdemu sportowcowi śni mi się olimpijskie złoto. Mam 25 lat, zaś kolarstwo górskie można uprawiać bardzo długo, czego najlepszym przykładem jest norweska kolarka Rita Gunn Dahle (35 lat). Myślę, że do Londynu w 2012 roku pojadę dobrze przygotowana i znów powalczę jak w Pekinie. Powalczę o złoto.

***

Maja Włoszczowska, urodzona 9 listopada 1983 w Warszawie - najbardziej utytułowana polska zawodniczka kolarstwa górskiego, wicemistrzyni olimpijska z Pekinu, złota medalistka mistrzostw świata w maratonie MTB, wielokrotna wicemistrzyni i mistrzyni Europy, wielokrotna mistrzyni Polski. Absolwentka Politechniki Wrocławskiej na wydziale Podstawowych Problemów Techniki (kierunek: matematyka stosowana). Mieszkanka Jeleniej Góry.

Swoją karierę zaczęła w małym klubie kolarskim - Śnieżka Karpacz w 1997 roku. Już w 1999 roku zdobyła tytuł mistrza Polski juniorów w kolarstwie górskim w barwach klubu PTS CCC Piechowice. W 2000 roku trafiła do kadry narodowej pod kierownictwem trenera Andrzeja Piątka. Zdobyła wtedy srebrny medal na mistrzostwach świata w Sierra Nevada. W 2002 jeździła w barwach drużyny CCC Polsat, jednak bez większych sukcesów. Od roku 2003 ścigała się w zawodowej grupie kolarskiej LOTTO. W 2004 brała udział w Igrzyskach Olimpijskich w Atenach i zajęła tam 6. miejsce. Od 2007 ściga się w MTB Halls Professional Team - zajął on miejsce poprzedniej zawodowej grupy kolarzy MTB - Lotto Team.

***

Autor tej strony rozmawiał z Mają Włoszczowską 11 września 2008 roku w Warszawie podczas uroczystej Gali Olimpijskiej. Zapis tej rozmowy znalazł się w listopadowym numerze miesięcznika "Rowertour".

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Marzę o złocie w Londynie

 

Logo BCM Nowatex - Producent odzieży rowerowej, sportowej, kolarskiej

EUROBIKE

 

 
WSTECZ HOME E-MAIL