R E K L A M A :
 Newsletter >
 Wyślij znajomym >
 Dodaj do ulubionych
  Szukaj na stronie.
Jesteś 19427515 gościem na naszej stronie
Aktualizowano: 2017-08-23
Janusz Kowalski

 

Kolarski mistrz świata z Wielkopolski

Kolarski mistrz świata z 1974 roku, zwycięzca Tour de Pologne, dwukrotny uczestnik Wyścigu Pokoju, jeden z najlepszych polskich szosowców lat siedemdziesiątych XX wieku, najwybitniejszy Wielkopolanin w tej dziedzinie sportu, człowiek biznesu, mąż i ojciec.

Urodził się w 8 czerwca 1952 roku pod Świebodzinem, w miejscowości Bucze Wielkopolskie. Z tych pierwszych lat dzieciństwa doskonale pamięta, że od rodziców otrzymał rowerek "Bobo", w czarnym kolorze, z pełnymi oponami, na którym nauczył się pedałować.

Był niezapomniany rok 1956, czas politycznej odwilży nie tylko w naszym kraju i zarazem czas sukcesu Stanisława Królaka, który na dwunastu etapach Wyścigu Pokoju, o długości 2212 kilometrów, okazał się najlepszy. Kolarze jechali w maju tego roku z Warszawy do Berlina i dalej do Pragi, na końcową metę. Ich droga wiodła w Polsce przez miejscowość Mostki, gdzie przy drodze wraz z innymi kibicami stał młodziutki Janusz Kowalski.


Montreal 1974 - każdy z nich może być szosowym mistrzem świata. Janusz Kowalski na miejscu drugim, Ryszard Szurkowski na miejscu czwartym.

– To było dla mnie silne przeżycie, widok kolarzy, kolorowego peletonu, kręcących się kół i szum opon. Chciałem być już starszy, dorosły, by być jednym z nich - wspomina swe dziecięce marzenia szosowy mistrz świata amatorów z Montrealu.

Był rok 1974 i na kolarskie mistrzostwa świata do kandyjskiego Montrealu pojechała bardzo silna polska ekipa. Liderem był Ryszard Szurkowski, który rok wcześniej w Barcelonie zdobył tęczową koszulkę mistrza świata. Stanisław Szozda, Janusz Kowalski oraz pozostali polscy zawodnicy byli dobrze przygotowani, pełni nadziei.

- Dzień przed startem, w piątek o godzinie 23.00, zdecydowałem się w hotelowym pokoju zmienić przednią tarczę w swym rowerze. Tak, by miała o jeden ząb więcej, nie 53 - a 54. Przydała się i to bardzo - wspomina po latach, jakby to było wczoraj, Janusz Kowalski.

- Na 180 metrów przed metą, jadąc z maksymalną prędkością, zrzuciłem łańcuch z 14 trybów na 13 i dostałem niebywałego przyspieszenia. I czułem, że odjeżdżam rywalom i kolegom, w tym Ryszardowi Szurkowskiemu.


Janusz Kowalski - mistrzem świata. Z lewej Ryszard Szurkowski - drugie miejsce, po prawej Szwajcar Michael Kuhn - trzecie miejsce.

- Wygrałem, zostałem mistrzem świata. Miałem wówczas 22 lata. Pierwsza myśl na mecie, jaka pojawiła się w tym momencie w mojej głowie, to to, by być z bliskimi (mamą, ojcem, rodziną) razem. By podzielić się z nimi radością, by się nacieszyć. By im opowiedzieć, jak 160 kilometrów przed metą zdecydowałem się na śmiałą ucieczkę i jak inni musieli mnie gonić.

Janusz Kowalski jechał po tęczową koszulkę świata 4 godziny 43 minuty 10 sekund. Tuż za nim pędził po srebrny medal Ryszard Szurkowski (rocznik 1946, sześć lat starszy), trzeci był Szwajcar Michael Kuhn.

Czwarty na mecie zameldował się Stanisław Szozda, Wojciech Matusiak był 19. (39 sekund za mistrzem świata), Jan Brzeźny - 37., Mieczysław Nowicki - 41. Rywalizację ukończyło 67 kolarzy ze stu siedemdziesięciu dwóch, którzy wystartowali.


Janusz Kowalski swymi sukcesami zapisał się trwale w historii polskiego kolarstwa.

Sukces Kowalskiego po latach, po dziesięcioleciach, najlepiej ocenia Szozda.Twierdzi on, że nikomu nie należało się mistrzostwo świata tak jak Kowalskiemu. Potrafił odjechać innym, już po pierwszym okrążeniu, po dwunastu kilometrach, przeżył 160-kilometrową ucieczkę i jeszcze finiszował. Tylko mistrz tak potrafi.


Montreal 1974. Grają Mazurka Dąbrowskiego dla Janusza Kowalskiego.

Pytania, wątpliwości, różne punkty widzenia na temat tego, co zdarzyło się w Montrealu trwają od lat. Nie zmienia to jednak faktu, że w 1974 roku polskim kolarstwem rządziło trzech kolarzy. Od wiosny do jesieni, od pierwszych do ostatnich wyścigów zwyciężali: Kowalski, Szozda, Szurkowski. Te trzy nazwiska nie schodziły tego roku z czołówek prasy sportowej i gazet codziennych.


Nie tylko wielkopolskie gazety - "Gazeta Poznańska", "Głos Wielkopolski" i "Express Poznański" - obszernie pisały o montrealskim sukcesie kolarza z Lednogóry.
Fot. Mariusz Forecki

W tymże 1974 roku Szozda triumfował w pięknym stylu w Wyścigu Pokoju, w tymże to roku Janusz Kowalski wygrał wiele silnie obsadzonych wyścigów. W jego prywatnym archiwum jest wiele gazet z tego roku; nie trzeba ich specjalnie czytać, wystarczy spojrzeć na tytuły artykułów opisujących zmagania kolarzy.


Janusz Kowalski na czele wyścigu o mistrzostwo świata w Montrealu. Uciekał on przez 160 kilometrów i na ostatnich 180 metrach zaimponował fantastycznym finiszem.

W pamiętnym 1974 roku doszło, po raz pierwszy w historii, do konfrontacji kolarstwa amatorskiego z zawodowym. Janusz Kowalski, Ryszard Szurkowski, Stanisław Szozda, Jan Brzeźny, Edward Barcik, Tadeusz Mytnik, Mieczysław Nowicki, Bogdan Kręczyński i Wojciech Matusiak pojechali na słynny wyścig Paryż-Nicea, by zmierzyć się z gigantami szosy. Tak jak inni, musieli pokonać w dziewięć dni 1267 kilometrów, w tym trudne etapy przez Alpy. Pierwszy etap był niezły dla Polaków, później już było gorzej, ale Janusz Kowalski był najlepszy z naszej ekipy i zajął 27. miejsce. Wygrał Holender Joop Zoetemelk (rówieśnik Szurkowskiego), rywalizowali z nim i z Polakami wybitni zawodnicy - Włoch Felice Gimondi i Francuz Raymond Polidour.


Złoty medal z Montrealu jest jedną z najcenniejszych pamiątek Janusza Kowalskiego.
Fot. Mariusz Forecki

W 1956 roku niespełna 4-letni Janusz Kowalski zachwycił się kolarzami jadącymi w stronę Frankfurtu, by osiemnaście lat później być szosowym mistrzem świata amatorów.

Na swej sportowej i życiowej drodze spotykał dobrych ludzi. Do takich należał Czesław Cybulski, jego nauczyciel wychowania fizycznego - później trener mistrza olimpijskiego w rzucie młotem Szymona Ziółkowskiego. Mało kto wie, że Janusz Kowalski jako nastolatek swój kontakt ze sportem rozpoczynał od zapasów (waga kogucia), ale ta przygoda trwała tylko trzy miesiące. Nie stronił także od organizowanych wówczas biegów na 1500 metrów.


15 października 2006 - tor "Poznań". Szosowe wyścigi mastersów. Od lewej: Ryszard Szurkowski, Aleksander Morozowski, Janusz Kowalski.

Do kolarstwa namówił go Roman Rojewski, ale by móc jeździć potrzebny był rower. W marcu 1968 roku został posiadaczem roweru "Huragan". Nowy kosztował wówczas 2400 złotych, za ten swój Janusz Kowalski zapłacił 800 złotych. Niezbędne pieniądze zarobił hodując króliki.

Jako młody chłopak, mieszkał wówczas w Lednogórze, obserwował Romana Rojewskiego z pobliskiego Imielenka, który ścigał się na rowerze, wygrał kilka wyścigów i reprezentował Lechię Kostrzyn. Dla 16-letniego Janusza Kowalskiego Roman Rojewski był wzorem szosowca.

1 maja 1968 roku Janusz Kowalski wystartował po raz pierwszy w wyścigu. Dystans wynosił 40 kilometrów, jego trasa prowadziła z Pobiedzisk przez Kiszkowo, Pobiedziska, Kostrzyn do Pobiedzisk. Przyszły mistrz tego wyścigu nie ukończył z powodu awarii tylnej przerzutki, ale zwrócił na niego uwagę Marian Krzeszczak - trener kolarstwa LZS Wielkopolska.


Oni tworzyli wielką kartę polskiego kolarstwa.

Wcześniej jednak, w kwietniu 1968 roku, Janusz Kowalski postanowił zgłosić się do Włodzimierza Przybylskiego - trenera kolarskich młodzików Lecha Poznań. Na swym "Huraganie" ruszył z Lednogóry do Poznania, gdzie na pętli tramwajowej Ogrody spotykali się młodzi cykliści. Trening to było pedałowanie do Tarnowa Podgórnego i z powrotem (40 km), ale Janusz Kowalski musiał jeszcze wrócić do domu - do Lednogóry.

Dziś po latach uśmiecha się na myśl o tamtym zdarzeniu, ale wówczas w Kacanowie, dwa kilometry przed domem rodzinnym, nie miał już sił, by pedałować. Wszedł do miejscowego sklepu bez pieniędzy i poprosił ekspedientkę o jedną oranżadę i dwie paczki herbatników. Wziął to na kredyt i przyrzekł, że jutro za wszystko zapłaci. Po raz pierwszy w życiu zrozumiał jak dokuczliwy, obezwładniający może być głód dla kolarza. Tego dnia jako młodzik przejechał około 140 kilometrów, ale tak potwornie silna była jego motywacja, by BYĆ KOLARZEM.


Wielcy kolarze i silne charaktery: Ryszard Szurkowski, Stanisław Szozda, Janusz Kowalski.

W maju 1968 roku otrzymał od trenera Mariana Krzeszczaka plan treningowy, zaś 22 lipca tego samego roku ukończył swój pierwszy wyścig w życiu. Jego trasa, jak 1 maja, wiodła z Pobiedzisk przez Kiszkowo, Pobiedziska, Kostrzyn do Pobiedzisk.

W styczniu 1969 roku wystartował w kolarskich zawodach przełajowych, które odbyły się na poznańskim Świerczewie, niedaleko ulic Kamiennej i Leszczyńskiej. Rywalizowało 80 młodzików województwa poznańskiego. Wygrał Tadeusz Steinke z Polonii Piła, Janusz Kowalski był drugi.

W marcu tego samego roku w tym samym miejscu na tej samej trasie został przełajowym mistrzem młodzików okręgu poznańskiego. O jego sukcesie napisały wówczas dwa największe dzienniki regionu - "Gazeta Poznańska" i "Głos Wielkopolski".

W roku 1970 startował jako junior, rok później na wiosnę ścigał się w wyścigu przełajowym z utytułowanymi kolarzami - Marianem Kegelem i Zenonem Czechowskim. Kegel był pierwszy, Kowalski był drugi. W tymże 1971 roku, w czerwcu, wygrał IV etap wyścigu Szlakiem PKWN. A jechał w nim z innymi poznaniakami: Lechem Klujem, Andrzejem Kaczmarkiem, Jerzym Szopnym, Zbigniewem Szymańskim i Kazimierzem Gogolewskim.

Rokiem przełomowym w jego karierze był 1972 rok. Trener Henryk Łasak powołał go do kadry narodowej.

- W czerwcu 1972 roku startowałem w Wyścigu Dookoła Mazowsza, gdzie po czterech etapach, w klasyfikacji końcowej, stanąłem na podium zajmując trzecie miejsce - za Zenkiem Czechowskim i Stanisławem Gazdą. Byłem objawieniem tego wyścigu.

- Trzy dni później startowałem w górskich mistrzostwach Polski, gdzie zająłem drugie miejsce. A tydzień później startowałem w Tour de Pologne, gdzie dwa razy meldowałem się na mecie w pierwszej trójce, pokazałem się na górskich premiach. Po tym wyścigu, który kończył się w Częstochowie, trener Henryk Łasak powołał mnie do kadry narodowej w trakcie sezonu. 


Rodzice serdecznie powitali syna po jego powrocie z Montrealu.

- W grudniu 1972 roku uczestniczyłem w zgrupowaniu kadry w Wiśle. 5 stycznia 1973 spotkaliśmy się w Warszawie, przed siedzibą PZKol - tam mieliśmy zbiórkę, na wyjazd na kolejne zgrupowanie do Zakopanego: trener Henryk Łasak, Jerzy Żwirko, Krzysztof Stec i ja. Wyjeżdżaliśmy z Warszawy Fiatem 125p. Za kierownicą siedział trener Łasak, z przodu Krzysztof Stec, z tyłu z lewej strony Jerzy Żwirko, z tyłu z prawej - ja. Ledwo ruszyliśmy i już musieliśmy się zatrzymać - tylna opona samochodu została przebita. Musieliśmy wyjąć torby i rzeczy z bagażnika, szybko zmieniliśmy koło i jedziemy. Po drodze spotykamy pogrzeb, jedziemy dalej i widzimy - jak wiozą trumnę. W tym momencie nikt do nikogo się nie odezwał, tylko spojrzeliśmy na siebie wzajemnie i wymownie.

- Jedziemy. Jest godzina około 17. Jesteśmy gdzieś przed Skomielną Białą, a Łasak do nas mówi, że zdążymy na kolację, choć zaczyna być ślisko na drodze. I przez chwilę zrobił delikatną próbę hamowania. Po chwili chyba przymknąłem oko, przysnąłem na kilka minut. Obudziłem się, jak nasz samochód balansował na drodze, bo wpadł w poślizg, i słyszę głośne słowa Łasaka: - O Jezu, co ja zrobiłem!

- Widziałem tylko światła przed nami, nie słyszałem już huku zderzenia naszego samochodu z autobusem. I później nastała cisza. Straciłem przytomność, odzyskałem ją siedząc na rowie. Obudził mnie kolega kolarz Mietek Nowicki, który jechał swym samochodem za nami - z innymi kolarzami. Zabrało mnie i Krzysztofa Steca pogotowie ratunkowe. Wcześniej zostali zabrani trener Łasak i Jurek Żwirko.

- Zostałem przewieziony do szpitala w Rabce. Odniosłem obrażenia, podobnie Krzysztof Stec, i kiedy mnie lekarze szyli - dotarło do mej świadomości, że Henryk Łasak nie żyje!

Janusz Kowalski uprawiał kolarstwo do maja 1980 roku. Poza Henrykiem Łasakiem, który zginął na progu kariery młodego kolarza z Lednogóry, trenowali go Marian Krzeszczak, Andrzej Trochanowski, Zbigniew Rusin, Wojciech Walkiewicz, Karol Madaj, Ryszard Pawlak.

 
Janusz Kowalski był wybitnym kolarzem, jest renomowanym biznesmenem.
Fot. Mariusz Forecki

Tęczowa koszulka mistrza świata z roku 1974 wisi w salonie rowerowym SAIKO w Złotkowie, ul. Złota 5, gdzie Janusz Kowalski prowadzi swój biznes. Wytwarza obręcze i koła rowerowe, jak również posiada największy w Wielkopolsce sklep, w którym pasjonaci cyklizmu znajdą wszystko, co potrzebne, by pedałować. Radośnie, bezpiecznie, elegancko. Są więc rowery czołowych producentów światowych, podobnie jest z kołami, osprzętem, ubiorami, licznikami, butami.


Złotkowo, ulica Złota 5. W największym salonie rowerowym w Wielkopolsce na klientów czekają najlepsze rowery świata.
Fot. Mariusz Forecki

Montreal 1974 był największym sukcesem Janusza Kowalskiego. Dwa lata później wygrał w pięknym stylu Tour de Pologne, w 1975 triumfował w Wyścigu Dookoła Bułgarii. Dobrze wypadł na mistrzostwach świata w 1975 roku w Belgii. W swej pięknej karierze zdobył trzynaście medali mistrzostw Polski. Wygrał większość wyścigów etapowych w naszym kraju.

Janusz Kowalski ma dziś 56 lat, jest biznesmenem. Firma SAIKO cieszy się renomą, jak i jej właściciel, który - tak jak w kolarstwie - wszystko stara się robić perfekcyjnie. Przed laty kupił linię do produkcji obręczy rowerowych i udoskonalił ją. Dwa lata później, jako pierwszy w Polsce, zakupił nowoczesną linię do produkcji kół rowerowych.


Aleksander Dorożała, jeden z najlepszych zawodników MTB w Wielkopolsce, jest częstym gościem salonu rowerowego SAIKO w Złotkowie.
Fot. Mariusz Forecki

Janusz Kowalski, jak sobie policzył, jako zawodnik pokonał 240 tysięcy kilometrów na rowerach. Objechał zatem sześć razy świat (biorąc za miarę obwód równika). Rozpoczynał od polskiego "Huragana", później był "Jaguar", w Montrealu po tytuł mistrza świata jechał na szosówce marki "Waja".

- Trenowałem bardzo ambitnie, każdego dnia bez względu na warunki pogodowe, a kiedy tylko padał deszcz i było zimno - siadałem na rower i pedałowałem zawzięcie, wychodząc z założenia, że nie każdy kolarz jest tak twardy i ambitny jak ja właśnie. Będę nieskromny, byłem mistrzem jazdy w zimnie, ulewie, co potwierdziło się podczas Wyścigu Pokoju w 1976 roku, na etapie z Popradu przez Łysą Polaną do Krakowa. Wówczas to pługi odśnieżne torowały nam drogę, podczas której liderzy WP, reprezentaci ZSRR Aleksander Morozow i Wasilij Gorełow nie wytrzymali trudu tego etapu i stracili w tych potwornych warunkach ponad godzinę czasu.


W 1974 roku Stanisław Szozda i polska drużyna wygrali Wyścig Pokoju. Janusz Kowalski - trzeci z lewej na zdjęciu.

Jechał dwa razy w Wyścigu Pokoju (1974, 1976). Ten pierwszy wyścig był dla Polaków szczególny, gdyż wygrał go Stanisław Szozda i cała drużyna. Rywalizował trzykrotnie na mistrzostwach świata (Barcelona - 1973, Montreal - 1974, Mettet w Belgii - 1975), pedałował w Stanach Zjednoczonych, w Wenezueli, na Kubie, w Meksyku. Zjechał jako zawodnik też prawie całą Europę.


Łza się w oku kręci - najlepsi sportowcy 1974 roku w plebiscycie "Przeglądu Sportowego."

Dziś jest dumny z tego, że tworzył z Ryszardem Szurkowskim, Stanisławem Szozdą, Mieczysławem Nowickim i innymi kolegami najpiękniejszy rozdział polskiego kolarstwa. Spotyka się z nimi, niekiedy jeszcze na rowerach, jak choćby ścigając się z Ryszardem Szurkowskim na torze "Poznań" w imprezie kolarskich mastersów.

Ma dobrą pamięć, w której zanotował zdarzenie z jakże dlań pamiętnego roku 1974, gdy trener Andrzej Trochanowski zwrócił uwagę i Januszowi Kowalskiemu, jak i jego kolegom z kadry, że w Polsce pojawił się wielki talent kolarski: Czesław Lang.


1 października 2006, Wągrowiec - mistrzostwa Polski w duathlonie. Janusz Kowalski, jako sponsor imprezy, razem z mistrzem juniorów Grzegorzem Tomczakiem z Wrześni na najwyższym miejscu podium.

Pracowity, zajęty, perfekcyjny w tym, co robi. Ciągle myśli o dalszym rozwoju firmy SAIKO w Złotkowie. Z kolarstwa wyniósł zamiłowanie do prędkości i przekłada je na szybką i bezpieczną jazdę samochodami. Miał ich kilka. Ostatnio jeździł Audi, teraz też jeździ Audi.

Lubi posłuchać dobrej muzyki, specjalnie za dużo nie jada, ale ma słabość - lubi ciastka w każdej postaci i każdy gość firmy SAIKO poza kawą może zawsze liczyć na to, co lubi MISTRZ JANUSZ. W czasie wolnym od pracy lubi wsiąść na rower.

Jest człowiekiem rodzinnym. Ma dwóch dwóch synów - Sebastiana (33 lata), który podziela jego pasję do rowerów i wraz z nim pracuje w firmie SAIKO, i Norberta (30 lat), 19-letnią córkę Sarę, studentkę Akademii Medycznej w Poznaniu. Jest dumny z niej, gdyż od szkoły podstawowej niezmiennie dobrze się uczy. Czuje też odpowiedzialność za troje wnucząt - Norberta (15 lat), Elizę (11) oraz najmłodszą z rodu 3-letnią Mię.

Janusza Kowalskiego znam od długich, długich lat. Ma także jedną i zarazem wspólną cechę, jak Ryszard Szurkowski, Stanisław Szozda i Czesław Lang: umie barwnie opowiadać. Od czasu gdy zawodniczo zsiadł z roweru mija 30 lat, ale pamięć MISTRZA JANUSZA nie zawodzi, gdy wspomina piękne nie tylko dlań lata. Piękne dla Polski, dla kolarstwa, dla wielu ludzi.
 

 

Logo BCM Nowatex - Producent odzieży rowerowej, sportowej, kolarskiej

EUROBIKE

 

 
WSTECZ HOME E-MAIL