R E K L A M A :
 Newsletter >
 Wyślij znajomym >
 Dodaj do ulubionych
  Szukaj na stronie.
Jesteś 21299138 gościem na naszej stronie
Aktualizowano: 2017-11-15
Między Brodami a Poczajowem

 

Wyprawa rowerowa na Ukrainę 2013 rok:
Przez Wołyń do Kijowa (fragment dziennika)

 
Oni od 12 do 30 lipca 2013 roku pokonali dystans 1175 kilometrów od Dorohuska przez Wołyń do Kijowa. Od lewej na zdjęciu: Romuald Królak, Iwona Świechowska, Tadeusz Zimny, Wanda Schirnik, Łukasz Szubraga, Ireneusz Rutkowski, Jolanta Joks i Iwona Cerba.
Fot. Zdzisław Szreder

Dzisiaj z rozmysłem nie zaplanowałem pobudki o świcie. – Przecież jesteśmy na urlopie! – zaraz podniosłyby się głosy sprzeciwu. Wstajemy zatem około 9.00 i krzątamy się przy fasowaniu wspólnej jajecznicy. Na stole znalazła się kiełbasa, ser, są pomidory, ogórki a nawet ząbki czosnku – dla smakoszy. Jaj mamy w nadmiarze - 20 sztuk kupiliśmy wczoraj, drugą dwudziestkę bielusieńkich jajek przynosi zawiadująca kwaterą Tamara. Kobiecie zależy na zarobku, więc kupujemy wszystko. Z połowy jaj smażymy jajecznicę, pozostałe gotujemy na twardo i rozdzielamy na drogę.

W Brodach nasza kolorowa ekipa natychmiast wzbudza życzliwe zainteresowanie. Podjeżdża kobieta na mocno podniszczonym rowerze. Najwyraźniej bratnia dusza – witamy się serdecznie. Dobrze mówi po polsku, oferuje pomoc w zwiedzaniu miasteczka. Na początek koniecznie musimy zobaczyć żydowski kirkut, najważniejsze świadectwo obecności w dawnych Brodach społeczności żydowskiej. Ogromny cmentarz jest ledwie widoczny z drogi, trudno tutaj trafić. Chodzimy wśród lasu kamiennych macew w zadumie. Jadąc dalej przez miasto dowiadujemy się o innych zabytkach i ciekawostkach Brodów. Wdzięczni naszej znajomej, na pożegnanie smarujemy oliwką okropnie trzeszczący łańcuch przy jej rowerze.

Z Brodów do Poczajowa jedziemy przez Podkamień. Wprawdzie nasza znajoma radzi nam jechać przez Radziwiłłów, tam podobno lepsza droga, ale nam zależy na zobaczeniu słynnego klasztoru. Początkowo idzie nam całkiem łatwo, kawałek jedziemy magistralą wiodącą do Lwowa a potem odbijamy w lewo. Jeszcze kilka kilometrów i zaczynają się podjazdy. W dodatku połatana byle jak droga śmierdzi smołą, wyciekającą z czarnych placków, rzuconych na dziury w starym asfalcie. Krajobraz zaczyna przypominać Bieszczady – wartki strumień, rzadki las na zboczu, poprzetykany ciemnymi świerkami. Odchodząca w prawo droga do Podkamienia najwyraźniej idzie ostro w górę, czeka nas przeprawa przez spore wzniesienie. Kontemplujemy krajobraz na ławeczce pod jednym z wiejskich sklepików. Konsumujemy jajka na twardo zabrane z bazy. Mały, wiejski kundel poluje na resztki z naszego śniadania.

 
Większość dróg na Ukrainie jest w kiepskim stanie.
Archiwum Ireneusza Rutkowskiego

No a potem - nie masz zmiłuj! Przeprawa przez wzniesienie wiedzie serpentyną, drogą fatalną, pełną dziur, prowizorycznych łat i grysu leżącego na asfalcie. Na szczęście pobocze zacienia gęsty las - przynajmniej jest chłodniej, mniej śmierdzi smoła. Na szczycie z przyjemnością zatrzymujemy się pod betonowym postumentem wyznaczającym granice Podkamienia. Stojąc tutaj doskonale widzimy zabudowania klasztorne, położone kilka kilometrów stąd, na dominującym nad okolicą wzniesieniu. Niestety, tam też będziemy musieli się wdrapać!

W centrum Podkamienia akurat remontują zniszczoną drogę. Samochodowa zamiatarka wznosi ogromną ścianę kurzu, uciekamy przed pyłem na chodnik. Upewniamy się, jak dojechać do klasztoru i ruszamy ostrym podjazdem pod górę. Najpierw droga asfaltowa, potem kilkaset metrów ostrego szutru, a potem znowu kawałek asfaltu. Mała, ledwie widoczna tabliczka, kieruje nas w lewo. Teraz wprawdzie mamy kilkaset metrów gładkiej nawierzchni, ale podjazd jest tak stromy, że większość z nas pokonuje ostatnie metry na nogach.

Po klasztorze oprowadza nas kościelny, który jest emerytowanym mechanikiem lotniczym, świeckim wolontariuszem, prawdziwym pasjonatem odbudowy klasztoru. Świetnie mówiący po polsku, po przedstawieniu historii tego miejsca, prowadzi nas do podziemnej kaplicy, na jedną z wież strzegących bram, a także do głównej świątyni, do której wcześniej nie chciał nas wpuścić nieprzystępny, prawosławny mnich. Na dziedzińcu klasztoru uwagę zwraca kolumna z figurą Matki Boskiej na szczycie. Nasz przewodnik wskazuje na przestrzeliny w różnych miejscach metalowego korpusu – to „pamiątka” po radzieckich bojcach. Opowiada z przejęciem, że pozłacana figura Matki Boskiej po wejściu krasnoarmiejców natychmiast sczerniała i to ją uratowało przed rabunkiem. Po upadku komunizmu rzeźba znowu się wyzłaca. Cud? Spoglądamy uważniej – rzeczywiście! spod ciemnych nacieków wyłania się jasna, złota blacha.


Niekiedy nie dało się przejechać.
Archiwum Ireneusza Rutkowskiego

Zjeżdżamy z powrotem do centralnego placu Podkamienia, po czym ruszamy drogą – jak się wydaje - na Poczajów. Jednakże po kilku kilometrach szybkiej jazdy, coś zaczyna się nie zgadzać. Oddalamy się od sylwetki klasztoru, ponadto drogę przecina linia wysokiego napięcia, której, według mapy, tutaj być nie powinno. No, chyba, że jedziemy w zupełnie innym kierunku…

Dla sprawdzenia naszych podejrzeń łapiemy na spytki wędkarza, zbliżającego się na zdezelowanym motorowerze. Niestety, obawy się potwierdzają - musimy zawrócić! W dodatku teraz mamy pod górkę i pod wiatr. Nic dziwnego, że siadają nastroje, skończyły się dowcipy, tempo wręcz niemrawe. Pytamy o właściwy kierunek jazdy ekipę drogowców, wykładającą smoliste placki na dziurawy asfalt. Niestety, musimy ponowić koszmarny podjazd pod klasztor. Przy tym nie jest pewne, czy tędy można przejechać do Poczajowa - z mapy wynika, że szlak urywa się na jakiejś rzece.

– Ostatecznie pokonamy rzekę w bród! – postanawiamy w miarę zgodnie.

Zdobywszy ponownie klasztorne wzniesienie, jedziemy dalej, pomimo, że szutrowa droga rychło się kończy. Przed nami już tylko polne dróżki - zaschnięte i ubite na skałę lessowe koleiny, naznaczone oponami traktorów. Trzęsie jakbyś jechał po bruku i łatwo o wywrotkę. Ostrożnie przebijamy się do przodu, nie do końca wiedząc, czy we właściwym kierunku - zapytani mieszkańcy nie są jednomyślni. W końcu lądujemy na rozległym, grząskim pastwisku. Teraz tylko siła rozpędu pcha nas do przodu. No i bardzo dobrze! Rzekę, a właściwie wąski strumyk, którego tak się obawialiśmy, pokonujemy po wąskiej kładce. Fundujemy sobie nawet chwilę odpoczynku. Pięknie tutaj w popołudniowym słońcu, chciałoby się rozbić namiot, rozpalić ognisko… Niestety! Do celu jeszcze daleko, można co najwyżej ochłodzić stopy w strumyku. I zapytać miejscową młodzież, akurat zbliżającą się konnym wozem, jak znaleźć wyjazd z tego uroczyska na drogę do Poczajowa.


Wszystko w tej wyprawie dopracowane było do... ostatniego paznokcia.

Archiwum Ireneusza Rutkowskiego

Już szykujemy się do dalszej jazdy, kiedy nasz kolega Tadeusz informuje, że zerwał łańcuch! Masz ci los! Dlaczego akurat teraz?! Pechowiec wraz z Romualdem i Łukaszem zabierają się do brudnej roboty. Reszta zalega na pobliskiej skarpie, delektując się sielskimi obrazkami, jakby żywcem wyjętymi z naszych dziecięcych wspomnień.

Wjeżdżając na upragniony asfalt podkręcamy tempo, nie ma czasu na spacerową jazdę. Droga wprawdzie w miarę gładka, ale ciągle pnie się w górę. Kilka kilometrów dalej pokonujemy 10-procentowy podjazd, o dziwo, oznakowany nawet tablicą! Podjeżdżamy z najwyższym trudem, a po pokonaniu wzniesienia musimy chwilkę odsapnąć. W nagrodę, w zachodzącym słońcu możemy podziwiać złote kopuły poczajowskiego monastyru.

Przez główną bramę klasztoru nie chcą nas wpuścić. Najpierw zagradza nam drogę przyklasztorny żebrak. Inni jałmużnicy, siedzący na podjeździe do monastyru, przyglądają się nam ze spokojem. Tylko ten ostatni, starszy mężczyzna bez nogi, zajmujący miejsce tuż przed bramą, na nasz widok zrywa się pospiesznie z krawężnika:

- Nielzja! Nie puszczu! Nie puszczu! – zastawia nam przejazd inwalidzkimi kulami.

Zakonnik dyżurujący przy bramie też zabrania nam wprowadzić rowery na teren monastyru. Poleca udać się do bocznego wejścia, przy parkingu samochodowym, gdzie można zostawić rowery na noc. Strażnicy, pilnujący parkingu, też są nieugięci – dalej z rowerami nie wolno! Nasze rumaki kochane, nasi przyjaciele niezastąpieni muszą zostać na parkingu. Udaje się nam jednak pozostawić je w przytulnym miejscu, pod klasztornym murem. Mężczyźni muszą założyć długie spodnie, a kobiety suknie i chustki na głowę. Nie opieramy się - zaczyna zmierzchać, jeszcze nie wiadomo, jak nas potraktują o tak późnej porze w domu pielgrzyma. Bierzemy sakwy i mozolnie wspinamy się po schodach w górę.


Innym razem trzeba było popychać rowery.
Archiwum Ireneusza Rutkowskiego

Tuż za klasztorną furtą zaczyna się zupełnie inny świat, jakże odbiegający od zgiełku za murami. Świat ludzi odświętnie ubranych, rozmodlonych, wyciszonych. Zanurzamy się w rzeczywistość rządzącą się zupełnie innymi prawami. Porządku pilnują strażnicy w czarnych uniformach. Obowiązuje zakaz fotografowania, palenia papierosów i picia alkoholu. Wchodzący i wychodzący ze świątyń, a nawet z domu pielgrzyma odwracają się i żegnają nabożnie.

Objuczeni sakwami wchodzimy do domu pielgrzyma, podchodzimy do rejestracji, przedstawiamy się jako grupa pałomnikow iz Polszy. Urzędniczka skrupulatnie sprawdza zapisy w zeszycie. Wszystko się zgadza, rezerwacja złożona w odpowiednim terminie i potwierdzona telefonicznie. Płacimy za nocleg, dostajemy zielone karteluszki i udajemy się na najwyższe piętro. Tutaj musimy zameldować się u prowadnicy naszego piętra; dostajemy klucze do pokojów: mężczyźni w jednym skrzydle budynku, a kobiety w drugim.

Będziemy spać w czteroosobowych pokojach, skromnie urządzonych, schludnych i czystych. Toalety i łazienki są dalej, w głębi korytarza. Tadeusz od razu przeprowadza „rozpoznanie bojem”, czyli chwyta ręcznik i leci pod prysznic! Powraca z informacją, że jest tylko jedna kabina prysznicowa i po dwa sedesy w każdym skrzydle. Może to trochę za mało? Jednak w tych newralgicznych miejscach nigdy nie tworzą się kolejki. Zapewne pątnicy myją się o innej porze dnia. Korytarz wyłożono miękkim dywanem, pośrodku mały ołtarzyk z ikoną. Od 22.00 obowiązuje cisza nocna, wejścia do hotelowego budynku pilnuje ochrona, nie pozwala nikomu wychodzić na teren monastyru, nawet na papieroska, ani tym bardziej poza obręb murów. No i bardzo dobrze - trochę wyciszenia i abstynencji też nam się przyda!


Jazda w stronę Dniepru.
Archiwum Ireneusza Rutkowskiego

Po zakwaterowaniu i umyciu, natychmiast schodzimy do trapieznoj, czyli klasztornej stołówki. Wybieramy przy ladzie potrawy i płacimy w kasie, przed wejściem na dużą salę jadalną. Tutaj, na głównej ścianie wiszą ikony, pod nimi palą się lampki. Prawosławni przed posiłkiem odmawiają krótką modlitwę, albo przynajmniej kreślą znak krzyża.

Jedząc potrawy przypatrujemy się innym pielgrzymom, patrzymy po twarzach, ubiorach, zaglądamy do talerzy. Wszystko jest tutaj dla nas nowe i interesujące. Naszą uwagę przykuwa liczna rodzina młodego swiaszczennika, przybyła z Serbii. Młoda żona z trójką dziewczynek i on - ubrany w czarną sutannę duchowny - z małym chłopczykiem na ręku. Zmęczony dzieciak ze smoczkiem w buzi prawie zasypia na jego ramieniu. Jakże zdumiewający nas, katolików, przywykłych do celibatu, widok!

Po znakomitej pielgrzymiej kolacji, w ciszy i spokoju poczajowskiego monastyru śpi się znakomicie! Bladym świtem budzą nas jednak dzwonki na korytarzu. Najwyraźniej ktoś przemierza skrzydło budynku z kołokolczikami. Czy to przypadkiem nie sen? Ależ nie! Przecież jesteśmy w klasztorze, zwołują pielgrzymów na jutrznię. Program zajęć dla pałomnikow, rozpisany na poszczególne dni pobytu w monasterze, wisi przy wejściu do skrzydła budynku.


Kobieca część wyprawy zanurzyła się w innej kulturze.
Archiwum Ireneusza Rutkowskiego

Wyłożone na stoliku broszury informują, iż głównym elementem prawosławnej pielgrzymki jest przystąpienie do spowiedzi. Jej sens oddaje słowo pokajanie, rozumiane jako przeprosiny za grzechy i przyrzeczenie poprawy. Każdy pielgrzym przygotowuje się do spowiedzi poprzez trzydniowe howienija, odpowiednik katolickich rekolekcji. Czas ten powinien poświęcić modlitwie i uczestnictwu w nabożeństwach. Należy powstrzymać się od picia alkoholu, objadania się, palenia papierosów, rozrywek, zabaw. Nie wolno też czytać czasopism rozrywkowych, a zwłaszcza oglądać telewizji.

Spotykając się z samego rana na krótkiej odprawie, zgodnie postanawiamy zmienić trasę dzisiejszego etapu. W harmonogramie mieliśmy jechać z Poczajowa do Krzemieńca drogą okrężną, przez Wiśniowiec - około 80 km jazdy po pagórkowatym terenie. Oszczędzimy sobie trudu ciężkiej przeprawy po wertepach jadąc najkrótszą, główną drogą. Będzie tego zaledwie 20 kilometrów, no może z małym „hakiem”. Dzięki temu będziemy mogli spokojnie zwiedzić ogromny kompleks Ławry Poczajowskiej, zajrzeć do najważniejszych cerkwi i świętych miejsc, może pomodlić się w skupieniu, albo tylko posłuchać pięknych cerkiewnych pieśni. Pooddychać nadzwyczajną atmosferą tego miejsca.

                                             Ireneusz Rutkowski


Ireneusz Rutkowski - ekonomista, mieszkaniec podpoznańskiego Skórzewa na rowerze jeździ od dziecka. Wraz z przyjaciółmi organizuje zagraniczne wyprawy rowerowe - zarówno na wschód, jak i na zachód Europy. Zaczęło się od wyprawy do Wilna w 2004 roku. W 2005 roku pojechali na Ukrainę, w 2006 r. do Tallina (przez obwód Kaliningradzki, Mierzeję Kurońską). Następnie do Wiednia i przez całą Słowację. W 2008 r. ruszyli wzdłuż Nysy Łużyckiej i Odry, od źródeł aż do Bałtyku. W 2009 r. zorganizowali wyprawę na Białoruś, a w roku 2010 aż do Hiszpanii (droga św. Jakuba do Santiago de Compostela). Następnie po raz drugi wybrali się na Białoruś, aby w 2012 roku pojechać przez Niemcy i Austrię ścieżką nad Dunajem. Zeszłoroczna wyprawa rowerowa na Ukrainę (od Dorohuska do Kijowa) była już 10. zagraniczną wyprawą rowerową organizowaną przez autora. W roku bieżącym planuje pokonać kolejny odcinek Naddunajskiej Trasy Rowerowej - od Bratysławy przez Budapeszt do Belgradu.


 

 

Logo BCM Nowatex - Producent odzieży rowerowej, sportowej, kolarskiej

EUROBIKE

 

 
WSTECZ HOME E-MAIL