R E K L A M A :
 Newsletter >
 Wyślij znajomym >
 Dodaj do ulubionych
  Szukaj na stronie.
Jesteś 21322543 gościem na naszej stronie
Aktualizowano: 2017-11-19
Rowerami przez Białoruś

 

Wyprawa czterech poznaniaków (15–29 lipca 2009)

Pomysł

W środę 29 lipca 2009 roku zakończyła się dwutygodniowa wyprawa czwórki poznańskich cyklistów na Białoruś. Kilka osób zrezygnowało z wyjazdu, wielu innych odradzało ten pomysł - straszyło dziurawymi drogami, drogimi hotelami, kontrolami granicznymi, czy wręcz zakazem poruszania się rowerami po miastach. Tymczasem żadna z tych przestróg nie okazała się prawdziwa i wróciliśmy mile zaskoczeni tym, co tam zobaczyliśmy.

Wyruszyliśmy w dniu 15 lipca 2009 roku nocnym pociągiem pośpiesznym do Terespola. Tam przesiedliśmy się do lokalnego pociągu do Brześcia i tuż przed 13:00 (czasu białoruskiego) rozpoczęliśmy naszą rowerową przygodę na Białorusi. W gronie czterech doświadczonych rowerzystów (Bogumił Grzesiak, Romuald Królak, Ireneusz Rutkowski, Łukasz Szubarga) przejechaliśmy w sumie 1025 km po asfalcie i drogach szutrowych Białorusi. Od Grodna naszej poznańskiej grupie towarzyszył Białorusin -Leonid Suchocki, z zawodu historyk a z zamiłowania trener i przewodnik turystyki rowerowej. Prawdziwy cyklista-pędziwiatr, dla którego żadna pogoda i trudy podróży niestraszne, miły i pogodny człowiek, a przede wszystkim - wspaniały przewodnik i kompan.


Nasza ekipa nad brzegiem Niemna pod Grodnem. Romuald Królak (od lewej), Ireneusz Rutkowski, Bogumił Grzesiak i Lukasz Szubarga.
Fot. Łukasz Szubarga

Ustalona wspólnie marszruta wyprawy była kompromisem pomiędzy chęcią zwiedzenia ciekawych miejsc na Białorusi, dystansem możliwym do pokonania na obciążonym rowerze, a ofertą noclegową. Trasa naszej wyprawy przebiegała przez trzy białoruskie obłasti (województwa) i wiodła od Brześcia na północ - przez Puszczę Białowieską do Grodna, a następnie na wschód przez Wasyliszki (miejsce urodzenia Czesława Niemena) do Lidy, Nowogródka i Miru. Potem przemierzyliśmy przepastną Puszczę Nalibocką i przez Iwieniec, Smorgoń, wzdłuż jeziora Świr, dotarliśmy do „morza” Republiki Białoruskiej – Jeziora Narocz (największego jeziora II Rzeczypospolitej). W Małym Syrmieżu zawróciliśmy w kierunku południowym i przez Mołodeczno dotarliśmy do Mińska.

W Mołodecznie ojciec niżej podpisanego odbywał w okresie międzywojennym służbę wojskową; w części była to zatem podróż sentymentalna.

Trud i odpoczynek

Trasę przez białoruską część Puszczy Białowieskiej wyobrażaliśmy sobie na wzór ścieżek po polskiej stronie, czyli trochę drogi wyłożonej asfaltem a reszta dukty gruntowe, co najwyżej utwardzone żwirem. Tymczasem w Kamieniukach wjechaliśmy na szerokie pasmo gładkiego asfaltu, na drogę pustą, czyściutką, bez kamieni, gałęzi i liści, z wykoszonymi poboczami. W dodatku ścieżka rowerowa była znakomicie oznakowana! Najpierw jechaliśmy za znakami czerwonymi, potem zielonymi.


Przez Puszczę Białowieską wiedzie piękny szlak rowerowy
Fot. Łukasz Szubarga

Kilka kilometrów pedałowaliśmy dawniejszą drogą carską wiodącą do Białowieży – stąd dodatkowo na mostach i przepustach widniały wielkie herby cara Aleksandra III, zapewne zapalonego myśliwego. Na ponad 60. km trasie przez puszczę napotkaliśmy kilka nowiutkich - jeszcze pachnących świeżym drewnem - miejsc postojowych dla znużonych turystów. Otwarte w kwietniu tego roku przejście graniczne dla rowerzystów w Białowieży dopełnia ten obraz prawdziwie rowerowej sielanki, dostępnej dla cyklistów z obydwu krajów.


Herb Aleksandra III na Carskiej Drodze.
Fot. Ireneusz Rutkowski

Ze względu na znaczne obciążenie rowerów, unikaliśmy jazdy po drogach gruntowych, zwłaszcza, kiedy zorientowaliśmy się, że nawet na głównych drogach Białorusi ruch samochodowy bywa niewielki, a kultura kierowców zdecydowanie wyższa aniżeli w Polsce. Gładki asfalt, szerokie pobocza wręcz zachęcały do szybkiej jazdy – przy sprzyjającym wietrze nasza prędkość podróżna przekraczała 30 km/h. Nie zawsze jednak ominięcie „grawiejki” było możliwe, zwłaszcza w obrębie lasów i na terenach mniej zaludnionych, ale „przekropna” pogoda sprawiała, że pomimo wcześniejszych obaw, jazda po drogach szutrowych nie była zbyt uciążliwa. Wprawdzie za nielicznymi samochodami podnosił się obłok białego pyłu, ale szybko opadał, lub uciekał na boki – nigdy zatem nie nałykaliśmy się kurzu. Szybko wyczuliśmy, że najbardziej przyczepne, pozbawione „tarki” i twarde podłoże, znajduje się na samym skraju drogi. Dobrze wyprofilowane opony pozwalały na całkiem komfortowe przemieszczanie się do celu.

Po drogach Białorusi jechaliśmy z całym wyposażeniem umieszczonym w sakwach, przytroczonych do bagażników. Początkowo rozważaliśmy również zabranie ze sobą namiotów, jednakże ostatecznie udało się załatwić (dzięki pomocy naszego kolegi Leonida) wszystkie noclegi „pod dachem”. Większość noclegów udało się zarezerwować w zagrodach agroturystycznych. I to był ze wszech miar trafny wybór!


Śniadanie w ogrodzie na daczy prof. G. Gribowa.
Fot. Ireneusz Rutkowski

Tylko tutaj – w starej wiejskiej chacie - można było być tak blisko białoruskiej przyrody, posmakować tradycyjnej białoruskiej kuchni, wypocić się w ruskiej bani, a potem spędzić pół nocy na rozmowach z gospodarzami i ich gośćmi. Dodajmy jednakże, że nocowaliśmy też w spartańskich warunkach młodzieżowej „turbazy” pod Grodnem, o wdzięcznej nazwie „Kredowe Góry” (w której spokojnie można byłoby urządzić obóz przetrwania) i w całkiem przyzwoitej – zważywszy cenę - bursie szkolnej w Mińsku. Z wielkim rozrzewnieniem wspominamy nasz pobyt na gościnnej plebanii w Krewie.

Historia i zabytki

Zwiedziliśmy ziemie, którymi przez wieki władały wielkie polsko-litewskie rody szlacheckie: Jagiellonów, Radziwiłłów, Ogińskich, Tyszkiewiczów. Tutaj również urodzili się, żyli i tworzyli: Adam Mickiewicz, Eliza Orzeszkowa, Melchior Wańkowicz, Stefan Moniuszko, Czesław Niemen. Poznaliśmy klimat ziem ojczystych Tadeusza Kościuszki, Romualda Traugutta i Feliksa Dzierżyńskiego. Mało kto wie, że brat „krwawego Feliksa” – Kazimierz, służył w Armii Krajowej i poległ w potyczce z Niemcami w Puszczy Nalibockiej w 1943 roku. Przemierzając te tereny na rowerach poznawaliśmy lepiej polskie i białoruskie drogi. Nie tylko w wymiarze rzeczywistym, lecz również - splątane wielowiekową wspólnotą - historycznym i społecznym.


Białoruska wspólnota - kościół katolicki obok cerkwi prawosławnej.
Fot. Ireneusz Rutkowski

Przyglądaliśmy się miastom i miasteczkom, w których czas płynie wolniej, a niekiedy jakby zupełnie się zatrzymał: gdzie z cokołów na centralnych placach nadal spogląda Włodzimierz Lenin, gdzie główne ulice sławią Karola Marksa, Fryderyka Engelsa i Związek Radziecki (nota bene rozwiązany w Wiskulach w Puszczy Białowieskiej).


Tutaj czas się zatrzymał.
Fot. Ireneusz Rutkowski

Cały dzień przeznaczyliśmy na zwiedzanie Grodna. Zupełnie przypadkiem rozpoczęliśmy od stadionu lekkoatletycznego, gdzie zajechaliśmy w ucieczce przed burzą. Jadąc w kierunku centrum przypadkiem staliśmy się świadkami ślubu młodej pary w najstarszej świątyni Grodna, która cudem przetrwała wielką powódź i osunięcie skarpy niemeńskiej w 1853 roku. Potem zatrzymaliśmy się przy zrujnowanej synagodze, a następnie obok domu, w którym żyła i tworzyła Eliza Orzeszkowa. Po zostawieniu rowerów na dziedzińcu szkoły podstawowej (pod okiem sympatycznych pań portierek), kontynuowaliśmy zwiedzanie miasta na piechotę. W niedzielne popołudnie nieśpiesznie chodziliśmy po zadbanej starówce, zwiedziliśmy zabytkową farę, a na koniec – już po obiedzie w karczmie u brzegu Niemna – wspięliśmy się na wysoką skarpę, gdzie rozłożył się Stary i Nowy Zamek.  


Dojeżdżamy do Nowogródka.  
Fot. Łukasz Szubarga

W Nowogródku, który otwierał się przed nami piękną panoramą, szukaliśmy miejsc znanych z polskiej historii, jak również związanych z życiem i twórczością Adama Mickiewicza. Z wielkim trudem (strome schody, brak podjazdów dla wózków i rowerów!) zataszczyliśmy nasze wehikuły przed wejście do domu – muzeum naszego wieszcza. Zwiedzaliśmy muzeum oprowadzani przez jego dyrektora, który na koniec zrobił nam pamiątkowe zdjęcia przed frontem budynku. Jadąc dalej, na dziedzińcu jednego z kościołów, spotkaliśmy przypadkiem młodego księdza, który zaprosił nas do siebie. I tak trafiliśmy do „Białej Fary”, gdzie w bocznej kaplicy znajduje się cudowny obraz MB Nowogródzkiej (ten z inwokacji do Pana Tadeusza!). Świątynia, o wielkiej historycznej przeszłości, powraca teraz do życia, dzięki wielkiemu poświęceniu księdza proboszcza i gromadki sióstr zakonnych. W bocznej kaplicy kościoła znajduje się sarkofag 11 sióstr nazaretanek, zamordowanych przez hitlerowców 1 sierpnia 1943 roku.


Tablica na „Białej Farze” w Nowogródku.
Fot. Łukasz Szubarga

Na szlaku naszej wędrówki znalazło się miasteczko Mir, gdzie zachował się - teraz pieczołowicie odrestaurowywany - zespół zamkowy (wpisany na listę światowego dziedzictwa kultury UNESCO), którego burzliwą historię poznaliśmy z opowieści naszej pani przewodniczki – po rosyjsku. Zauważyliśmy, że na Białorusi brakuje – i to nawet w obiektach najczęściej odwiedzanych przez Polaków - informacji turystycznej, a także opisów i folderów w języku polskim. Byliśmy też na zamku w Lidzie, dźwiganym teraz z ruin, i wśród resztek zamku w Krewie, gdzie podpisano pierwszy dokument na drodze jednoczenia się Polski i Litwy. Zamek najbardziej ucierpiał podczas I wojny światowej, ponieważ przez 3 lata znajdował się na linii frontu.


Zamek w Mirze – dziedzictwo kultury UNESCO.
Fot. Ireneusz Rutkowski

Niestety wiele z historycznej spuścizny Rzeczpospolitej Obojga Narodów nie doczekało do naszych czasów. Niszczycielskie wojny, barbarzyństwo okresu komunistycznego i pospolita grabież czasu pokoju sprawiły, że wiele materialnych świadectw bogatej przeszłości przepadło bezpowrotnie. Los obszedł się okrutnie z między innymi z okazałym dworem Michała Ogińskiego w Zalesiu, z którego nie pozostał nawet kamień na kamieniu. Obręb dawniejszej zabudowy wyznaczają ułożone niedawno szare, betonowe bloki.


Z dworu Michała Ogińskiego nie pozostał kamień na kamieniu...
Fot. Ireneusz Rutkowski

Wyniosłe ruiny kościoła w Wielkiej Berestowicy dogorywają wraz z setkami innych kościołów. Ich los został przesądzony wraz z przesunięciem granic, wraz z wysiedleniem ludności, której wiary były ucieleśnieniem. Nawet, jeśli zachowały się mury - po oryginalnym wyposażeniu wnętrz nie pozostało śladu. Niektóre ze zniszczonych zabytków, zwłaszcza te związane z życiem lub działalnością wybitnych ludzi, uważanych za „tutejszych” (Adam Mickiewicz, Eliza Orzeszkowa) bywają teraz odbudowywane (a właściwie na nowo odtwarzane), na podstawie zachowanych planów. Wielka część pozostanie już tylko na obrazach i kartach wspomnień….

Pogoda

Pogoda była dla nas wyjątkowo łaskawa! Przez pierwsze cztery etapy jechaliśmy z delikatnym wiaterkiem w plecy; dodatkowo, trudy pierwszych upalnych dni (temperatura o godz. 20:00 dochodziła do 32 stopni Celsjusza) łagodziła nam naturalna klimatyzacja ciemnych, puszczańskich kniei.

Załamanie pogody i zmiana cyrkulacji z południowej na zachodnią, przyszła w Grodnie, akurat kiedy skierowaliśmy się na wschód – w stronę Lidy. Wprawdzie dalej, boczny wiatr lekko utrudniał nam wędrówkę do Nowogródka i nad jezioro Świteź, ale i tak cieszyliśmy się, że nad słynne jezioro dotarliśmy już po nawałnicy, która dwa dni wcześniej zabiła trzy osoby. Kiedy natomiast przybyliśmy do Mińska, trwało jeszcze usuwanie szkód po wielkich opadach, które zalały niżej położone partie miasta, w tym również piwnice kościoła katolickiego, w samym centrum.

Przetaczające się przez Białoruś liczne burze ostrzegały nas z daleka fioletem nieba i pomrukami grzmotów. Zrywająca się przed deszczem wichura gnała nas z ogromną siłą do przodu. Żywioły zawsze wspaniałomyślnie pozwalały nam schronić się w najbliższej wsi lub miasteczku, przeczekać ulewę pod dachem, a następnie mokrą, parującą szosą jechać dalej - w ślad za błyskawicami.


Burza nadciąga nad Karewicze.
Fot. Ireneusz Rutkowski

Takim szczęśliwym trafem dotarliśmy do Iwieńca, na obrzeżu Puszczy Nalibockiej, gdzie - w przerwie między nawałnicami – dane nam było obserwować warsztaty muzyczne młodzieży katolickiej z całej Białorusi. Więcej! Zostaliśmy tutaj ugoszczeni i zaproszeni do aktywnego uczestnictwa! Mogliśmy zostać na dłużej, chociaż tylko jeden z nas był w wieku mniej więcej „młodzieżowym”. Organizacja tego wielkiego zlotu młodzieży była wzorowa. Porządku pilnowali chłopacy w pelerynach i koszulkach odblaskowych. W pomieszczeniach przeora zakonu znajdowało się „centrum dowodzenia”, wyposażone w nowoczesne środki łączności, w tym łącze internetowe. Tuż przy budynkach klasztornych rozłożyła się kuchnia polowa, wyposażona w kilka kotłów wojskowych. Szefowa warsztatowej kuchni zaprosiła nas na piątkowy obiad pod wielkim namiotem, wcześniej pytając, czy zachowujemy post. Obiad jedliśmy z przerwami, spowodowanymi kolejną ulewą. Zbierająca się w obniżeniu brezentowego dachu woda groziła załamaniem się konstrukcji nośnej. Drewnianymi drągami, i tym, co było pod ręką, wypychaliśmy w górę wodne nawisy, a potem pomagaliśmy załatać spowodowane wichurą uszkodzenia w poszyciu.


Kościół w Iwieńcu, gdzie odbywały się warsztaty młodzieży katolickiej.
Fot. Łukasz Szubarga

Kiedy przestało padać, zostaliśmy zachęceni do wybrania się do wielkiej pofabrycznej hali, gdzie trwała próba generalna „Bolera” Ravela, wykonywanego przez zespół młodych bębniarzy z towarzyszeniem chóru młodzieżowego. Niesamowite przeżycie estetyczne! Dla nas poznaniaków niezwykłym zbiegiem okoliczności okazało się również i to, że ta piękna, uduchowiona młodzież, przygotowywała się na spotkanie wspólnoty Taizé, które przecież w tym roku odbędzie się w Poznaniu!

Owady

Owady najbardziej dokuczały nam w Puszczy Nalibockiej – rozległym kompleksie bagienno-leśnym, położonym w centralnej części Białorusi. Wprawdzie komary były tutaj znacznie mniejsze aniżeli w Białowieży, jednakże jakby znacznie bardziej zdeterminowane, jakby bardziej złośliwe i sprytniejsze. Ale największym utrapieniem dla rowerzysty przemierzającego tego lata Puszczę Nalibocką była obfitość gzów. Natychmiast po wjeździe do lasu otaczała nas chmara tych owadów i ciągnęła spragniona krwi za nami, cięła przez koszulki i rowerowe spodenki. Jedynym, skutecznym ratunkiem była ucieczka do przodu; tylko rozwinięcie prędkości przekraczającej 20 km/h zapewniało przewagę nad owadem i jako taką ochronę przed ukąszeniem. Nic więc dziwnego, że - pomimo obciążenia sakwami - typowe dla Puszczy Nalibockiej „grawiejki”, pokonywaliśmy w iście sprinterskim tempie.


Drogi szutrowe nie były takie straszne.
Fot. Łukasz Szubarga

Może za sprawą ekologicznego prowadzenia się owadów, a może na skutek działania białowieskiego „balsamu” (którego dwulitrowy zapasik, przytroczony do sakwy, wieźliśmy przez połowę wyprawy), czy też dobroczynnego wpływu ruskiej bani – tak czy inaczej, liczne ukąszenia owadów nie pozostawiały na naszych ciałach żadnego śladu, nie sprawiały żadnych dolegliwości w dniach następnych.

Białoruś i cykliści

Białoruś - to kraj wielkich łąk, rozległych pól i przepastnych lasów. To kraj bez supermarketów, graffiti na murach i bez… rowerzystów. Poza opisanym wyżej „rowerowym rajem” w Puszczy Białowieskiej - w czasie całej wyprawy udało nam się wypatrzyć zaledwie trzy odcinki ścieżki rowerowej, w tym jedną poprowadzoną wzdłuż bulwaru nad rzeką Wilią w Mińsku. Przez dwa tygodnie, na całej 1025 km trasie nie napotkaliśmy ani jednego turysty na rowerze! Jeżdżących rekreacyjnie, pojedynczych cyklistów, widzieliśmy tylko w Mińsku, a rowerzystę w kasku dostrzegliśmy w tym wielkim mieście zaledwie jednego.


Ścieżka rowerowa w Mińsku.
Fot. Ireneusz Rutkowski

W sumie zebrało się dwanaście etapów jazdy po pięknym, nieznanym - wręcz egzotycznym dla nas kraju (najkrótszy etap liczył 45 km, najdłuższy – prawie 142 km). Każdy dzień obfitował w ogrom spotkań, spostrzeżeń, niespodzianek! Był tak nasycony barwami, zapachami i smakami, że opuszczając granice Białorusi wszyscy mieliśmy nieodparte wrażenie, iż wyprawa trwała nie dwa tygodnie, lecz znacznie, znacznie dłużej.


Mińsk nocą.
Fot. Łukasz Szubarga

Autorem relacji z wyprawy rowerowej przez Białoruś jest Ireneusz Rutkowski.

xxx

Ireneusz Rutkowski – rocznik 1953, mieszkaniec podpoznańskiego Skórzewa,
na rowerze jeździ od dziecka, a swój pierwszy trójkołowiec wspomina z
rozrzewnieniem. Obecnie podróżuje na 28-calowym jednośladzie marki FUJI.
Jego pasją jest zwiedzanie Polski i świata w gronie przyjaciół. Był
inicjatorem i organizatorem wielu rajdów i kilku zagranicznych wypraw
rowerowych - na Litwę, Ukrainę, po krajach nadbałtyckich, Słowacji i
Austrii, wzdłuż Odry i Nysy Łużyckiej. Szczególną estymą darzy podróże
po kresach dawniejszej Rzeczypospolitej. Jest doktorem nauk
ekonomicznych, pracuje w Narodowym Funduszu Zdrowia.
 

 

Logo BCM Nowatex - Producent odzieży rowerowej, sportowej, kolarskiej

EUROBIKE

 

 
WSTECZ HOME E-MAIL