R E K L A M A :
 Newsletter >
 Wyślij znajomym >
 Dodaj do ulubionych
  Szukaj na stronie.
Jesteś 21299150 gościem na naszej stronie
Aktualizowano: 2017-11-15
Rowerem przez cztery kraje

 

Ruszyli w Suchym Lesie, dojechali
do węgierskiego Tamasi

To była niezapomniana jazda, rowerowa wyprawa życia. Myślę, że nie tylko dla mnie, ale także i dla siedmiorga pozostałych uczestników swoistego touru dobrej woli i przyjaźni, który wiódł z podpoznańskigo Suchego Lasu do węgierskiego Tamasi. W dwa tygodnie trzy panie i pięciu mężczyzn przejechało na swych bicyklach 1255 kilometrów, podziwiając piękne widoki, zmagając się z upałem i raz jedyny z ulewnym deszczem, spotykając na swej drodze życzliwych ludzi.

Pierwszy dzień jazdy

Ruszyli na trasę 14 lipca kilkanaście minut po godzinie 7 sprzed Urzędu Gminy w Suchym Lesie. Ulicą Szkolną skierowali się w stronę ulic Zakopiańskiej, Koszalińskiej i dalej ku ścieżce rowerowej prowadzącej nad poznańskie jezioro Rusałka.

Golęcin, Sołacz, Stare Miasto, Rataje, Starołęka - to były kilometry jazdy po poznańskich ścieżkach rowerowych. W Czapurach musieli uważać, by przypadkiem nie wpaść w jakaś dziurę - trwają tam intensywne prace drogowe. Za Wiórkiem, na 32 kilometrze swej drogi, w leśnej przecince, zatrzymali się na pierwszym postoju. Tu posilili się po raz pierwszy, tu także wykonali pierwsze zdjęcia.

Sasinowo, Rogalinek, Rogalin, Świątniki, Radzewice, Orkowo i już dojechali do Śremu, gdzie w tym roku, dokładnie 25 czerwca, najlepsi polscy kolarze walczyli o tytuł mistrza Polski w jeździe indywidualnej na czas. Tytuł mistrza wywalczył Maciej Bodnar (Liquigas) przed Bartoszem Huzarskim (ISD) i Mateuszem Taciakiem (Mróz Action Uniqa). Dystans Suchy Las - Śrem to 57 kilometrów i pierwsza przerwa na kawę na miejscowym rynku.

Za Śremem ruszyli w stronę Książa, jechali po asfaltach, na których 28 czerwca tego roku Marcin Sapa (Lampre), Błażej Janiaczyk (Mróz Action Uniqa), Krzysztof Jeżowski (CCC Polsat Polkowice) i Tomasz Smoleń (CCC Polsat Polkowice) zmagali się o krajowy championat w wyścigu szosowym ze startu wspólnego na dystansie 254 kilometrów.

Pierwszy dzień jazdy, jak się później okazało, był najdłuższy. Po drodze mijali i Borzęcice, i Dobrzycę (z obu miejscowościami związany był Stanisław Mikołajczyk - wybitny polski polityk), przejechali przez deszczowy Ostrów i pozostało im około10 km do miejscowości Nowe Kamienice. Tu czekała na nich niespodzianka.
Mirosława i Roman Iglikowie, mieszkający tu od pięciu lat, wraz w rodziną i najbliższymi powitali rowerzystów transparentem, flagami ,oklaskami, dobrym jadłem. Przygotowali dla nich także specjalnie koszulki z imionami rowerzystów na piersi i nazwą wyprawy na plecach.

Oddali także swój dom do ich dyspozycji, przenocowali. Były wspólne zdjęcia i nawiązała się nić sympatii między rowerzystami a mieszkańcami miejscowości Nowe Kamienice (około 180 dusz tu mieszka), których reprezentowała w wieczornym, jakże miłym spotkaniu pani sołtys Joanna Kowal.

Tego dnia przejechali 167,55 kilometrów z Suchego Lasu do miejscowości Nowe Kamienice. Średnia prędkość wyniosła 18,9 km na godzinę, czas jazdy prawie 9 godzin.

Przez Opolszczyznę

Drugi dzień to jazda z miejscowości Nowe Kamienice do Brzezia pod Opolem. Wyszło 137,66 km. Czas jazdy ponad siedem godzin.

Tego dnia od początku jazdy mocno świeciło słońce, tak było też na Opolszczyznie, która na zawsze ludziom kolarstwa i rowerów kojarzyć się będzie ze Stanisławem Szozdą, wybitnym polskim szosowcem. Tu się on urodził, tu rozpoczynał przygodę z rowerem, tu obecnie (Prudnik) mieszka. Wicemistrz świata z Barcelony (1973) miał charakter w kolarskiej walce, nawet kontuzje, rany i bandaże nie przeszkadzały mu w odnoszeniu efektownych sukcesów.

W Raciborzu można liczyć na pomoc

Z Brzezia pod Opolem do Raciborza dystans wyniósł 108,61 kilometrów. Przejechaliśmy go w 5 godzin 44 minuty. Dzień wcześniej na końcowych kilometrach, przed dojazdem do hotelu - na wyciągnięcie dłoni od elektrowni Opole - poczułem, że mój rower zaczyna tańczyć. To objaw, że uchodzi powietrze z tylnego koła. Nie od razu, ale stopniowo i cokolwiek denerwująco.

I choć wymieniłem dętkę na nową, to jednak zauważyłem, że tylna opona jakby zaczęła się rozszczelniać. Na takiej dojechałem do Raciborza, ale po przyjeździe do tego miasta znalazłem salon rowerowy "Sokół". W kilka minut Tadeusz Mazur założył mi nową oponę, zaś pani Bogumile Muzyk podziękowałem za szybką i sprawną pomoc.

Bogumiła i Wojciech Muzyk (1963) są małżeństwem i prowadzą salon rowerowy od 15 lat, cztery ostatnie w nowym miejscu przy ulicy Żeromskiego 2. Pan Wojciech był kiedyś masażystą w teamie Mróz, teraz wrócił do kolarstwa - startuje w maratonach MTB Macieja Grabka z numerem 1302.

Jeśli spotkacie go na trasie poznańskiego maratonu MTB w dniu 6 września 2009, warto wiedzieć, że na swej Meridzie jedzie właściciel salonu rowerowego z Raciborza, który ma swych wiernych klientów w Polsce, Czechach, Niemczech, także afrykańskim Kongu (polscy misjonarze kupują swe bicykle właśnie tu - w Raciborzu).

Przekraczamy granicę

Czwarty dzień wyprawy był pożegnaniem z Polską. Racibórz wyprawił nas w drogę o poranku silnym słońcem, ja na swym odmłodzonym rowerze (nowa tylna opona) tego dnia miałem ochotę do szybkiej i dynamicznej jazdy. Granicę z Czechami przekroczyłem w innym miejscu niż siedmioro uczestników wyprawy, spotkaliśmy się na rynku w Hluczynie. Na obrzeżach Ostrawy spotkaliśmy Aleksandrę Tomaszovą - nauczycielkę pedagogiki. Jechała na swym rowerze górskim marki Author i wskazała drogę do Nowego Jicina.

Nie szosą, ale wzdłuż Odry - w pięknej zieleni, wzdłuż stawów pełnych ryb (czytaj karpia).

Tego dnia każdy z nas zobaczył na własne oczy, jak bardzo niszczycielski może być żywioł wody (zerwany most - nie drewniany, ale o żelbetonowej konstrukcji).

W Nowym Jicinie nocleg wypadł nam w pensjonacie Na skałkach, stąd trzeba było bardzo się natrudzić, by wjechać swymi rowerami na wyskość 326 metrów. Wcześniej jednak każdy z nas podziwiał zapierające dech widoki Beskidów - w słońcu, z oddali i przy dobrej widoczności.

Dwa tygodnie w podróży

Ruszyliśmy 14 lipca, dojechaliśmy do Tamasi na Węgry po dziesięciu dniach. Pokonaliśmy ponad tysiąc kilometrów. Rozpoczęliśmy jazdę w Polsce, trzy dni pedałowaliśmy przez Czechy, tyleż przez Słowację, Węgry poznawaliśmy z wysokości siodełka rowerowego przez całych sześć dzionków.

Przejechaliśmy 1255 kilometrów na swych rowerach. To był tour dobrej woli i przyjaźni. Dla ludzi, którzy mają swe lata, średnia wieku 52 lata, był to spory wysiłek. Szczególnie wówczas, gdy trzeba było pokonywać czeskie i słowackie podjazdy, długie i wymagające psychicznej odporności i fizycznej wytrzymałości. Ale przecież i węgierskie odcinki wyprawy nie były wcale łatwiejsze.

Najtrudniejszym dniem jazdy był dzień 23 lipca, gdy jechaliśmy z Szekesfehervar
do Tamasi. Dzień wcześniej było upalnie, ale 23 lipca słońce jakby chciało pobić rekord gorąca i grzało niemiłosiernie. Na ostatnich 30 kilometrach robiliśmy przerwy co pięć, sześć, siedem kilometrów. Szukaliśmy cienia, chłodu w upale, wytchnienia i także, a może przede wszystkim... wody. Tego dnia wypiłem 4,5 litra płynów, nie licząc jogurtów i pożywnej maślanki.

Wjazd do Tamasi, wspólne zdjęcie pod tablicą oznajmującą, że jesteśmy właśnie tu - był kresem zmagania się z upałem, okazją do podliczenia kilometrów. Wyszło ich ponad tysiąc na drodze z Suchego Lasu do węgierskiego miasta zaprzyjaźnionego z polską gminą.

Serdeczność gospodarzy

Jako dziennikarz znam się trochę na ludziach i sprawach, ale tym razem zaskoczyliśmy Węgrów z Tamasi. Elegancko ubrani po kolarsku byliśmy wizytówką Polski, bogatej gminy Suchy Las i na naszych miłych gospodarzach zrobiliśmy wrażenie.

No cóż, co innego politycznie mówić i rozprawiać o przyjaźni polsko-węgierskiej, czym innym jest jednak jazda przez przez cztery kraje na dystansie ponad tysiąca kilometrów. Ten wysiłek, nasz wysiłek został na kilka sposobów doceniony.

Przez dwa dni byliśmy goścmi Tamasi. Burmistrza, jego zastępcy, dyrektora miejscowych term, wielu innych ludzi. Bezpłatne noclegi, masaże (korzystałem - dziękuję), aktywne skorzystanie z basenów i solanek, dobre jedzenie, także udział w Cooking Day (wielkim święcie gotowania), wspólna wyprawa z Węgrami do Vadasparku ,dawnej siedziby Janosa Kadara - to elementy przybliżające nas do gospodarzy.

Wójt jechał z nami

Grzegorz Wojtera jest wójtem Suchego Lasu i do Tamasi przyjechał swym samochodem. Ale następnego dnia siadł na rower i razem z nami pojechał w miejsce, gdzie kiedyś Janos Kadar odpoczywał, gdzie polował na daniele, gdzie podejmował swych politycznych gości.

Tego dnia pokonaliśmy 25 km na swych rowerach w towarzystwie wiceburmistrza Tamasi Andrasa Szelesa i Zoltana Szanto - odpowiedzialnego za innowacyjne przedsięwzięcia w mieście.

Dzień później wójt Suchego Lasu był honorowym jurorem podczas Cooking Day (wielkiego święta gotowania): próbował dania, oceniał je i wystawiał noty. I także zaprezentował podczas tej imprezy licznie zgromadzonym mieszkańcom Tamasi ośmioosobową ekipę rowerzystów.

Jak w prawdziwym wyścigu

Kiedy wybiera się na rowerze w trasę liczącą ponad tysiąc kilometrów, i to w grupie ośmioosobowej, każdy z jej uczestników jakby poczuwa się do tego, by wszyscy dojechali do końca. W dobrym zdrowiu, bez problemów, bez kłopotów.

Ta węgierska taka była. Sprawdzeni rowerzyści (Grażyna Głowacka, Maria Matuszek, Ryszard Głowacki, Piotr Kurek) oraz debiutujący w takiej wyprawie międzynarodowej (Jolanta Kusza, Henryk Kusza, Mirosław Stencel i Mariusz Zmudziński) dali radę pokonać zaplanowany dystans.

I choć wiem, że niektórym nieraz było ciężko i trudno, to jednak dojechali do tablicy z napisem Tamasi. I poźniej, po dwóch dniach odpoczynku, mieli ochotę przejechać prawie 200 kilometrów wokół Balatonu.

Niezawodny kierowca

Taka wyprawa, w pewnym sensie komfortowa - dobre noclegi i śniadania, jeśli ma się udać, musi mieć logistyczny samochód wsparcia. Rowerzyści jadą, pedałują, podziwiają widoki, zaś ich rzeczy wiezie samochód.
Wiesław Kusza zna Europę jak własną kieszeń. Był tu i tam, z niejednego pieca chleb jadł. Zna waluty, przyzwyczajenia narodów, drogi Starego Kontynentu. Nasze rzeczy wiózl bezpiecznie, był zawsze tam, gdzie go oczekiwaliśmy. I jeszcze na koniec kazdego dnia zmęczonym pasjonatom rowerów dawkował kawę, piwo oraz nieograniczone poczucie humoru.

Uczestniczylem w minionyach kilku latach w wyprawach rowerowych, którym towarzyszyl samochód. W tym roku, w wyprawie na Węgry, Wiesław Kusza spod Ostrowa dał prawdziwy pokaz przyjacielskiego towarzyszenia amatorom rowerów.

Spotkania w drodze

Było ich wiele. Z rozmaitymi ludźmi. W różnych miejscach. W Opolu, za sprawą miejscowego fana rowerów i zarazem przyjaciela Marii i Tadeusza Matuszków - 75-letniego Alberta Szymańskiego, czekały na nas dwie dziennikarki: Katarzyna Plewnia z miejscowego ośrodka telewizyjnego i Ewelina Bernacka z rozgłośni radiowej.
Grażyna i Ryszard Głowaccy, Maria Matuszek, także autor tych słów mówili o naszej wyprawie, o szlachetnym celu naszej jazdy, o pasji pedałowania, o współpracy polsko-wegierskiej.

Nie wszyscy może wiedzą, że w opolskiej rozgłośni radiowej pracuje jako dziennikarka Barbara Morajko, mama Jacka Morajko - kolarza szosowego, olimpijczyka z Pekinu, który w sobotę skończył jazdę w tegorocznym 66. Tour de Pologne. I to na dobrym miejscu.

Przy wjeździe do węgieskiego Gyor spotkaliśmy Corinne Mikołajczyk, Francuzkę o polskim rodowodzie ze Strasburga. Na swym rowerze górskim marki Scott i w towarzystwie Marie Bourguignon wybrala się na wielką wyprawę przez kilka krajów. Jako miejsce docelowe obie panie wybrały Zakopane. W poprzednich latach poznawały w ten sposób Portugalię, Włochy i jeszcze inne miejsca w Europie.
 
Rady dla innych

By wybrać się na taką wyprawę, wszystko musi być dokładnie przemyślane i przygotowane. Nie tylko trasa, noclegi, ale i rowery musza być sprawne. W naszym przypadku nie zawiodły nas, choć Grażyna Głowacka (przebita dętka) i autor tych słów (wymiana dętki i opony) na początku jazdy mieli przejściowe kłopoty.

Jedzenie. Kiedy rusza się w drogę na dwa tygodnie i zamierza pokonać prawie 1500 km na rowerze, trzeba myśleć o jedzeniu. Dziś jazda przez cztery kraje od tej strony nie stanowi żadnego problemu. Praktycznie nie trzeba zabierać żywności z Polski, gdyż w każdej miejscowości (i w naszym kraju, jak również i w Czechach, na Słowacji i także na Węgrzech) wszystko można nabyć. I choć płaci się różnymi pieniędzmi, to jednak ceny są porównywalne i każdego dnia można nabyć świeże produkty.

Bułki, kiełbasa, jogurty, owoce, czekolada, batony i dużo, dużo napojów. Tak można jechać. Co dwadzieścia, trzydzieści kilometrów coś trzeba włożyć do ust. Cała ósemka żywiła się w ten sposób i taki sposób dostarczania energii naszym organizmom się sprawdził.

Jednolicie ubrani

Uczestnicy wyprawy jechali jednolicie ubrani w biało-czerwone koszulki kolarskie z napisem POLSKA i trasą wyprawy na plecach. Wykonała je firma BCM Nowatex z Puszczykowa, zaś ich sponsorem był Urząd Gminy w Suchym Lesie. Z kolei piękne kurtki chroniące przed wiatrem i deszczem ufundowało rowerzystom Starostwo Powiatowe w Poznaniu.

Ośmioro rowerzystów

Zdecydowało się na jazdę ośmioro pasjonatów pedałowania: trzy panie i pięciu mężczyzn.

Grażyna Głowacka, rocznik 1951, jest radną powiatu poznańskiego i od wielu lat animatorem imprez rowerowo-rekreacyjnych na terenie gminy Suchy Las. Na swym rowerze marki Biria przed rokiem dzielnie pedałowała z Czech wzdłuż Nysy Łużyckiej i Odry, teraz dała radę przejechać całą trasę - z Polski na Węgry i wokół Balatonu. Przed laty pokonała na rowerze w siedem dni dystans prawie 700 km z Suchego Lasu do Isernhagen. Ma w swej biografii rowerowego pasjonata jazdy po Holandii, Włoszech,Danii, Rosji, Litwie, Łotwie i Estonii. Zadbała o jednolite stroje uczestników wyprawy.

Maria Matuszek, rocznik 1956, pracuje w Szpitalu Rehabilitacyjnym dla Dzieci w Kiekrzu, gdzie jest przełożoną pielęgniarek. Ze służbą zdrowia związana jest od 32 lat, od jednenastu prezesuje Kołu Turystyki Rowerowej "Kiekrz". Uczestniczy z mężem Tadeuszem w imprezach rowerowych na terenie całego kraju, zna jak mało kto pasjonatów rajdów turystycznych. Czuła na swym Victusie asfalty i ścieżki rowerowe Niemiec i Danii.

Jolanta Kusza, rocznik 1963, jako młoda dziewczyna zabrała się za wyczynowe uprawianie sportu. Jej powołaniem było rzucanie oszczepem: dwukrotnie była mistrzynią Polski juniorów w tej lekkoatletycznej specjalności. Do dziś pamięta swój rekord życiowy - 44,34 metrów. Od dziesięciu lat jest instruktorem aerobicu w wodzie, ostatnio w "Octopusie" w Suchym Lesie. Dotąd jeździła na rowerze niedalekie dystanse i wyprawa przez cztery kraje była dlań wielkim wyzwaniem i zarazem niewiadomą.

Z pięciu mężczyzn najmłodszym był Mariusz Zmudziński z Kiekrza, rocznik 1967, dla którego była to najważniejsza podróż życia. Specjalista od tkanin, zna się jak mało kto na pieczeniu chleba, na sprawach wsi i podczas dwóch tygodni miał wiele okazji, by mówić o swych pasjach, które daleko wykraczają poza znajomość przyrządzania pysznych posiłków i znakomitych nalewek.

Mirosław Stencel, 1952, z Biedruska jest radnym gminy Suchy i zarazem przewodniczącym Stowarzyszenia Biedrusko. Dba o to, by miejscowość od dziesięcioleci związana z wojskiem mogła się rozwijać, by jej cenne obiekty nie niszczały, jak choćby pałac. Jechał na rowerze marki Kross i na podjazdach pedałował szybko i ze sportowym zacięciem.

Henryk Kusza, rocznik 1961, jak żona Jolanta, ma przeszłość wyczynowego sportowca. Trzynaście lat uprawiał dżudo, był wicemistrzem Polski seniorów (rok 1983). Jest prezesem UKS Gimnazjon w Suchym Lesie, gdzie mieszka od sześciu lat. Miejscowa sekcja dżudo, 130 zawodniczek i zawodników, jest jedną z lepszych w Wielkopolsce za sprawą byłego dżudoki, przewodniczącego Rady Sportu w gminie Suchy Las, dla którego wyprawa rowerowa na dystansie ponad tysiąca kilometrów była czymś nowym, zaskakującym i zarazem odkrywczym.

Ryszard Głowacki, rocznik 1950, jest przewodniczącym Stowarzyszenia Przyjaciół Gminy Suchy Las. Lubi jazdę na rowerze, podobnie jak żona Grażyna, i w przeszłości był współorganizatorem wielu imprez na terenie Suchego Ladsu i okolic. To on wpadł na pomysł, by taką wyprawę - przez cztery kraje - zorganizować, to on zadbał o mapy, o noclegi na całej trasie, uzgodnił wszystko z władzami Suchego Lasu i miasta Tamasi na Węgrzech. To jemu, w pierwszej kolejności, należą się słowa podziękowania za to, co starannie przemyślał i przygotował. Wszystko zagrało logistycznie na trasie z Polski do Węgier: trasy, noclegi, wspólne śniadania i wieczorne spotkania przy piwie.

Piotr Kurek, rocznik 1945, autor Wielkopolskiego Rowerowania jechał z przyjemnością przez cztery kraje. Był to dlań czas relaksu, rowerowego wysiłku, poznawania nowych miejsc i kolekcjonowania wrażeń. Było to także dostrzeganie wysiłku, jaki włożyli gospodarze Tamasi i władze Suchego Lasu, by współpraca polsko-węgierska na poziomie samorządów rozwijała się wzorcowo na miarę jednoczącej się Europy.

 

 

Logo BCM Nowatex - Producent odzieży rowerowej, sportowej, kolarskiej

EUROBIKE

 

 
WSTECZ HOME E-MAIL