R E K L A M A :
 Newsletter >
 Wyślij znajomym >
 Dodaj do ulubionych
  Szukaj na stronie.
Jesteś 21313217 gościem na naszej stronie
Aktualizowano: 2017-11-19
To była niezapomniana jazda

 

Z Andrzejem Kaiserem rozmawia Piotr Kurek

 

– Andrzej Kaiser przechodzi do historii jako zwycięzca I. Wyszehradzkiego Rajdu Kolarskiego.

– Wygrałem, z czego, nie ukrywam tego, bardzo się cieszę. Tego sukcesu, tego zwycięstwa nie byłoby bez zgodnej jazdy moich kolegów z poznańskiego Corratec Teamu. Aleksander Dorożała, Radosław Lonka, Rafał Jaros, Radosław Tecław, Zbigniew Górski i Dariusz Wojciechowski bardzo mocno pracowali na trasie: dawali solidne zmiany, ciągnęli, szarpali, jechali na medal.

– Ekipa Corratec Teamu liczyła osiem osób, jedną kobietę i siedmiu mężczyn. Startowaliście jako ostatnia ekipa?

– Startowaliśmy, nie razem, ale ekipami. My, jako Corratec Team, na samym końcu - jako dziesiąta ekipa. Plan był dla nas prosty: od szesnastej do zmroku musimy być na początku wyścigu. Stąd tempo w pierwszych godzinach jazdy było niesłychanie wysokie - 43 kilometry na godzinę.

– Dariusz Wojciechowski - szosowy mistrz Polski z 1996 roku, Radosław Lonka - dwukrotny triumfator Tour de Pologne Amatorów z lat 2011-2012, Aleksander Dorożała - triumfator wielu maratonów MTB w Polsce, Andrzej Kaiser i inni...

– Jechaliśmy jako Corratec Team, ale powiem wprost: to była ekipa godna Polski. Ja wygrałem indywidualnie, Magda Hałajczak ukończyła wyścig jako jedyna kobieta, trzy pierwsze miejsca na podium dla mężczyzn zajęli zawodnicy z poznańskiego zespołu: Andrzej Kaiser, Dariusz Wojciechowski i Zbigniew Górski.

– 500 kilometrów jazdy na rowerze nie obejdzie się bez pomocy?

– Bohaterów tego wyścigu jest wielu: wygrała Magda Hałajczak, ja wygrałem, wygrał Corratec Team. Szanuję wysiłek Aleksandra Dorożały, który był niezwykle ofiarnym pomocnikiem nie tylko dla mnie. Ryszard Pawlak z Poznania, człowiek kolarstwa od ponad 50 lat, stworzył team zwycięzców, triumfatorów. Wielce pomogli nam i skutecznie doradzili, jak ubrać się na nocną jazdę Artur Spławski i Franiszek Harbacewicz - utytułowani nie tylko w Polsce mastersi, mający w swym dorobku tytuły mistrza i wicemistrza świata w tej kategorii wiekowej.

– Jazda nocą zawsze może być trudna, niebezpieczna?

– Najtrudniejszy fragment trasy? Chyba ten do Żyliny, zjazd o długości pięciu kilometrów, i to kiedy? Kiedy jest północ, kiedy jest ciemno, i kiedy księżyc nie rozświetlał nam drogi. Było szybko, dynamicznie, ale z zachowaniem elementarnych zasad bezpieczeństwa. Cenne były rady w tym względzie Lecha Piaseckiego, znakomitego kiedyś kolarza.

– Prawie czternaście godzin na rowerze, ponad 500 kilometrów do przejechania. O czym Pan myślał między Budapesztem a Krakowem?

– Jedzie się 500 kilometrów. Dniem, nocą i o poranku. Myśli się o sobie, o rodzinie o kolegach - o zmarłym przed rokiem Marku Cichoszu, kolarzu z Bytowa. Pierwsza myśl jest taka: by dojechać do mety, do Krakowa - nie mogę zgłodnieć, nie mogę w którymś momencie poczuć się bez sił. Zatem jadłem, odżywiałem się maksymalnie. Ale jest też sporo czasu, by pomyśleć o życiu, o sporcie, o wyczynie, o jakimś wyjątkowym wydarzeniu, w którym uczestniczę, i które - jak się okazuje ostatecznie - wygrywam.

 

 

Logo BCM Nowatex - Producent odzieży rowerowej, sportowej, kolarskiej

EUROBIKE

 

 
WSTECZ HOME E-MAIL