R E K L A M A :
 Newsletter >
 Wyślij znajomym >
 Dodaj do ulubionych
  Szukaj na stronie.
Jesteś 21313289 gościem na naszej stronie
Aktualizowano: 2017-11-19
Zmieniam barwy na pomarańczowe

 

Z Katarzyną Pawłowską rozmawia Piotr Kurek


Katarzyna Pawłowska ma 24 lata, dwa tytuły mistrzyni świata i w sezonie 2014 ścigać się będzie w holenderskim teamie Boels-Dolmans.
Fot. Szymon Gruchalski/IMG-studio

 

– Rozpoczęła Pani przygodę z rowerem w roku... ?

– Miałam wówczas kilkanaście lat, był rok 2002. Zaczynałem w Klubie Sportowym Szperek Antonin pod okiem Bogusława Janiaka. Nie miałem wtedy wyobrażenia, tak do końca, co mnie czeka w kolarstwie. Nie przypuszczałem wówczas, że kiedyś będę reprezentować Polskę, że zostanę mistrzynią świata i to aż dwukrotnie.

– Szperek Antonin to był początek. Co było dalej?

– Reprezentowałam jego barwy do końca 2007 roku. Od sezonu 2008 do końca lutego tego roku byłam pod skrzydłami Roberta Taciaka, trenera UKS Jedynka Limaro Kórnik. Wiele się od niego nauczyłam, wiele mu zawdzięczam. Dwa tytuły mistrzyni świata świata w torowym scratchu zdobyłam dla Polski jako zawodniczka kórnickiego klubu. Od marca 2013 do końca tego roku reprezentuję barwy zawodowej grupy kolarskiej francusko-kanadyjskiej GSD Gestion. W roku 2014 zmienam barwy klubowe... na pomarańczowe. Będę reprezentowała holenderski team Boels-Dolmans, w barwach którego jeździ wielokrotna mistrzyni świata Holenderka Ellen van Dijk. Ona zdobyła także tytuł mistrzyni świata w scratchu - w roku 2008. Inną gwiazdą teamu Boels-Dolmans jest Brytyjka Elizabeth Armitstead - wicemistrzyni olimpijska z Londynu w wyścigu ze startu wspólnego. Trafiam do jednego z najlepszych teamów kolarskich kobiet na świecie.

– Zanim porozmawiamy o sezonie 2014, wrócmy do tegorocznych Pani wyścigów na torze i na szosie.

– Początek sezonu 2013 wypadł dobrze, gdyż wygrałam zawody torowe Pucharu Świata w dalekim Meksyku, w lutym w Mińsku powtórzyłam sukces z Melbourne zdobywając, rok po roku, tytuł mistrzyni świata w scratchu. W czerwcu w Sobótce na szosowych Mistrzostwach Polski zdobyłam tytuł mistrzyni w jeździe indywidualnej na czas i trzecie miejsce w wyścigu ze startu wspólnego. W tym ostatnim wyścigu miałam pecha, gdyż na końcowych metrach spadł mi łańcuch na mniejszy tryb i brązowy tylko medal był tego faktu konsekwencją. Przed rokiem na szosowych Mistrzostwach Polski w Sędziszowie byłam pierwsza, co otworzyło mi drogę do Igrzysk Olimpijskich w Londynie. Tam w wyścigu ze startu wspólnego byłam 11., zaś Brytyjka Elizabeth Armitstead - druga. Od nowego sezonu w nowym klubie razem z nią będziemy gonić królową roweru - Holenderkę Marianne Vos. Myślę, że w czerwcu 2014 nie spadnie mi łańcuch w Sobótce podczas kolejnych szosowych Mistrzostw Polski, i że powtórzę sukces z Sędziszowa sprzed roku w wyścigu ze startu wspólnego.

– Lutowy wyścig w scratchu w Mińsku przeżyjmy jeszcze raz z Pani perspektywy.

– Nie przygotowywałam się specjalnie, by bronić tytułu - tylko jak do kolejnego wyścigu. Tak by uniknąć niepotrzebnych nerwów, stresu i napięcia. Postanowiłam jechać swoje i udało mi się go rozegrać bardzo dobrze.

– Ściga się Pani na torze i na szosie. W tym roku, od marca, reprezentuje Pani barwy grupy GSD Gestion. W ilu wyścigów brała Pani w tym roku udział?

– Ścigałam się w barwach GSD Gestion na torze i na szosie. Nie liczyłam ich wszystkich. Powiem krótko, trochę się naścigałam. Myślę, że brałem udział w około 40 wyścigach.

– Kiedy w tym roku wystartowała Pani po raz pierwszy w wyścigu ze startu wspólnego w barwach teamu GSD Gestion?

– Było to w marcu we Włoszech, pierwsze zawody Pucharu Świata na szosie dla kobiet. Było cholernie zimno, ziąb nie do wytrzymania. Do przejechania było 120 kilometrów. Nie ukończyłam tego wyścigu, gdyż w którymś momencie było mi tak zimno, że stanęłam na drodze. Nie byłam w stanie utrzymać kierownicy i zrezygnowałam z dalszej jazdy.

– Ma Pani za sobą kilkadziesiąt wyścigów na szosie w kobiecym zawodowym peletonie w tym roku. A ile z sukcesami?

– Pierwsze zwycięstwo w wyścigu UCI odniosłam podczas wyścigu Dookoła Bretanii. Po szosowych Mistrzostwach Polski w Sobótce pojechałam na zgrupowanie do Livigno, takie krótkie wakacje z rowerem, i stamtąd już udałam się do Francji. Koleżanki z GSD Gestion bardzo mi pomogły, byłam w dobrej dyspozycji i wygrałam. Później wygrałem Tour du Limousin, wyścig wieloetapowy, i dwa etapy.

– Na szosowe Mistrzostwa Świata do Florencji pojechała Pani obolała, po wcześniejszych upadkach, nie w pełni sił.

– Na początku września brałem udział w wyścigu wieloetapowym (aż siedem) we Francji po większych górkach. Nie ukończyłam go, gdyż dramatycznie w nim upadłam. Jadąca przede mną zawodniczka zahamowała, ja chcąc uniknąć zderzenia odskoczyłam w lewo, najechałem na leżący piasek i to już ostatni obraz jaki zapamiętałam... To była trzecia moja kraksa w tym wyścigu. Podniosłam się po chwili, dojechałam jeszcze do mety, ale stamtąd karetka zabrała mnie od razu do szpitala. Tam lekarze postawili diagnozę, że mam pęknięte jedno żebro. Przed championatem we Florencji trenowałem zacięcie i ambitnie, byłam objęta opieką fizjoterapeutyczną. Myślałam, że będzie dobrze, ale kiedy nadeszedł dzień startu - przegrałam z bólem. Nie dałam rady, nie ukończyłam wyścigu. Minęło kolejnych kilka tygodni i nadal czułam się kiepsko fizycznie. Trafiłam do szpitala w Łodzi, gdzie zrobiono mi tomografię komputerową: okazało się, że mam złamane trzy żebra w dwóch miejscach i osiem połamanych wyrostków stawowych kręgosłupa. Teraz jestem już w pełni sił.

– W sezonie 2013 była Pani częścią światowego kobiecego peletonu. Jakie wrażenia, spostrzeżenia i uwagi nasuwają się po tym roku?

– To był rok cennych doświadczeń. Dał mi mocny zastrzyk energii, wiary w siebie. Dobrze się stało, że zdecydowałem się ścigać na Zachodzie. Poziom sportowej rywalizacji jest tu wyższy. Stanąć na starcie z Marianne Vos, innymi gwiazdami i wygrać kilka wyścigów w pierwszym roku startów, to mocna cegiełka mego kolarskiego doświadczenia. Wygrałam jeden wyścig wieloetapowy i pięć etapów. Jestem z tego zadowolona.

– Jak to się stało, że od nowego roku ścigać się będzie Pani w holenderskim teamie Boels-Dolmans?

– Mam wokół siebie życzliwych ludzi. Jeden z nich, bywały w kolarskim światku, doradził mi, bym spróbowała swych sił w tej holenderskiej ekipie. Powiem krótko, cieszę się, że w nowym sezonie będę miała okazję współpracować z takimi sławami kolarstwa, jakie są w tej grupie. Mam nadzieję, że tą szansę wykorzystam. I nikogo nie zawiodę. Kontrakt podpisałem na rok.

– Jakie ma Pani plany na rok 2014?

– Do torowych Mistrzostw Świata w kolumbijskim Cali na przełomie lutego i marca mam wolną rękę. Dla Holendrów moje starty na torze będą równie ważne, jak te na szosie. Po tej imprezie wspólnie z szefami teamu Boels-Dolmans usiądę przy stole i ustalimy plan moich dalszych startów w 2014 roku. Na początku lutego ścigać się będę w kobiecym Tour of Qatar na szosie.

– Jakie ma Pani hobby?

– To czytanie książek i słuchanie dobrej muzyki. Czytam dużo - szczególnie kryminały i horrory. Ostatnio czytałem książkę Stephena Kinga "Doktor sen". Jej fabuła wciąga, pozwala oderwać się od rzeczywistości. Powiem krótko, mam apetyt na książki. Potrafię przeczytać od kilku do kilkunastu w miesiącu.

– Jakie są Pani upodobania kulinarne?

– Jem wszystko, nie wybrzydzam. Staram się jeść zdrowo, by było dietetycznie, by nie przybywało zbędnych kilogramów. Nie mam jakiegoś szczególnie ulubionego dania. Staram się utrzymać swą wagę granicach 58-60 kilogramów. Moja waga wyśrubowana, na Igrzyska Olimpijskie w Londynie, wynosiła 57 kilogramów. Po prostu, trzeba odżywiać się zdrowo i znać swój organizm.

– Ściga się Pani na rowerze na szosie. Trzeba przejechać dystans ponad 100 kilometrów w wyścigowym rytmie. Jak należy się żywić, by nie tracić energii i by nie opaść z sił podczas jazdy?

– Kiedy jest etap w górach i temperatura wynosi ponad 40 stopni Celsjusza nie wystarczy woda mineralna. Zasada podstawowa jest taka, by nie wyjałowić organizmu. Trzeba pić i jeść. W bidonie mam napój izotoniczny, w kieszonce koszulki kolarskiej batony energetyczne.

– Ma Pani 24 lata, dwa tytuły mistrzyni świata na torze, ale szosy, tak na dobrą sprawę, zaczęła się uczyć dopiero w tym roku - w zawodowym peletonie. Jaki najdłuższy etap w swym życiu Pani pokonała?

– Było to w tym roku, w Holandii, wokół Apeldoorn. Trasa liczyła 150 kilometrów. By ją pokonać trzeba mieć do dyspozycji jeden bidon na godzinę-półtorej godziny jazdy i jeden baton energetyczny lub żel do zjedzenia co 60 minut. Na wyścig potrzebuję pięciu batonów, lepiej mieć o jednego więcej niż umierać z głodu na końcowych kilometrach. Kolarstwa nie można uprawiać o pustym żołądku.

– Jaka jest Pani ulubiona muzyka?

– Z muzyką jak z jedzeniem, lubię wszystko - nie wybrzydzam.

– Jaki jest Pani ulubiony rower?

– Najważniejsze jest to, by był dla mnie wygodny. Takim rowerem szosowym jest marki Specialized. W tym roku jeździłam nim na szosie, w roku przyszłym również będę na nim się ścigać. I odpowiada mi bardzo. Jeśli chodzi o tor, niezastąpiony jest Cervelo, czyli mój "Czaruś".

– Dwa razy zdobyła Pani tytuł mistrzyni świata na torze, ma Pani wiele innych sukcesów. Który z nich najbardziej go Pani ceni i nosi w swym sercu?

– Jeśli chodzi o tor, na pierwszym miejscu stawiam tegoroczne mistrzostwo świata w scratchu, jakie wywalczyłam w Mińsku. Jeśli natomiast spoglądamy na szosę, cenię najwyżej championat na Mistrzostwach Polski w Sędziszowie przed rokiem. Staram się z każdego wyścigu wyciągać jakieś wnioski, czerpać naukę. Siadam z trenerem i omawiamy, co było dobre, co zaś złe i nad czym trzeba popracować.

 

 

Logo BCM Nowatex - Producent odzieży rowerowej, sportowej, kolarskiej

EUROBIKE

 

 
WSTECZ HOME E-MAIL