R E K L A M A :
 Newsletter >
 Wyślij znajomym >
 Dodaj do ulubionych
  Szukaj na stronie.
Jesteś 20787382 gościem na naszej stronie
Aktualizowano: 2017-10-22
Andrzej Piątek

 

Kolarstwo - moja pasja, moje życie
Z Andrzejem Piątkiem, dyrektorem sportowym PZKol, rozmawia Piotr Kurek


Maja Włoszczowska i Andrzej Piątek. Gala olimpijska po Igrzyskach Olimpijskich w Pekinie. Warszawa, 11 września 2008.

– Kiedy zostanie pan prezesem Polskiego Związku Kolarskiego? Czy myśli pan o takiej możliwości, czy bierze ją pod uwagę?

– W ogóle nie chodzi mi to po głowie. Przynajmniej na razie. Nie wiem. Może kiedyś. Na razie chcę zajmować się szkoleniem kolarzy, bo to mnie bawi, raduje. Efekty nie tylko w sporcie są wówczas, gdy praca człowieka bawi.

– Jest pan jednym z najbardziej rozpoznawalnych trenerów sportowych w Polsce, kolarstwa zaś w szczególności. Od ponad dziesięciu lat opiekował się pan kadrą naszych kolarzy górskich. Jak to wszystko się zaczęło?

– Trenerem kadry MTB zostałem w styczniu 1996 roku. Wtedy tworzyła się ekipa na Igrzyska Olimpijskie w Sydney w 2000 roku. Byli to juniorzy, którymi się zajmowałem. Potem, jesienią 1996, Zarząd Polskiego Związku Kolarskiego zaproponował mi funkcję trenera kadry szosowej. Pojechałem na mistrzostwa świata do Lugano (1997) jako trener od wszystkich konkurencji i kategorii wiekowych. W latach 1997 i 1998 prowadziłem kadrę szosowców do lat 23. Od pierwszego stycznia 1999 przez kilkanaście lat, do roku 2011, prowadziłem kadrę MTB we wszystkich kategoriach wiekowych.

– Najbardziej radosny moment w pańskiej karierze trenera?

– Z wielu pięknych sukcesów zdecydowanie najważniejszy jest ten olimpijski, srebrny medal Mai Włoszczowskiej na Igrzyskach Olimpijskich w Pekinie w 2008 roku w kolarstwie górskim. Od momentu, gdy zostałem trenerem kadry MTB, moim celem było zdobycie medalu olimpijskiego. Wszystko to, co robiliśmy przez te dziesięć lat, zmierzało do tego, by ten medal zdobyć. A więc stworzenie grupy zawodowej, wyselekcjonowanie właściwych zawodników i sztabu szkoleniowego. Ten cel udało się w sierpniu 2008 roku osiągnąć i moja radość w Pekinie była ogromna.

– Czy w momencie, gdy Maja Włoszczowska mijała linię mety jako druga, jako srebrna medalistka, zastanawial się pan, co dalej?

– Najpierw była radość, emocje. Refleksje, co dalej, przyszły później. Szczególnie po powrocie do kraju, gdy w spokoju mogłem wielokrotnie obejrzeć na wideo zapis rywalizacji najlepszych specjalistek kolarstwa górskiego w Pekinie. Uznałem wówczas, że swą pracę będę kontynuował przez następne lata.

– Gdzie pan nie był na świecie z kolarzami?

– Jest parę takich miejsc. Grenlandia (w tym momencie Andrzej Piątek roześmiał się od ucha do ucha). Byłem z kolarzami w Nowej Zelandii, kilka razy w Australii. Wycieczek mieliśmy dużo. I to też jest piękne w sporcie, że można pojeździć po świecie, zobaczyć na własne oczy, jak żyją ludzie w innych krajach, poznać inne kultury.

– Jest pan wybitnym trenerem. Ale czy pamięta pan ten dzień, gdy nauczył się jazdy na rowerze.

– To był mały rower z ostrym kołem, gdy pedały kręciły się cały czas. Jego nazwy nie pamiętam, wiem natomiast, że ta przygoda rozpoczęła się w wieku 4-5 lat. Urodziłem się 6 września 1967 roku, zatem te moje pierwsze próby udanego pedałowania miały miejsce w latach 1971-1972. W czasach, gdy Ryszard Szurkowski rozpoczynał swą drogę do kolarskiej sławy.

– Urodził się pan 6 września 1967. Co roku mistrzostwa świata w kolarstwie górskim odbywają się na początku września.

– To prawda. Tak na ogół się składa, że terminy mistrzostw świata wypadają w dniu moich urodzin. Drużynowe mistrzostwo świata MTB w Lugano (2003 rok) moi kolarze wywalczyli na 36. moje urodziny. Dostałem od nich wówczas pięciolitrową butelkę whisky. Powiedziałem im wówczas, że otworzę ją, gdy zdobędziemy medal olimpijski. Zdobyliśmy medal w Pekinie (Maja Włoszczowska), zaś butelkę whisky otworzyłem w 2010 roku po zdobyciu przez Maję Włoszczowską tytułu mistrza świata w Kanadzie.

– Kiedy zaświtała panu jako młodemu człowiekowi myśl, że warto ścigać się na rowerze, rywalizować z innymi?

– Wychowałem się na Wyścigu Pokoju. Jako młody chłopak słuchałem relacji radiowych i telewizyjnych, gdy zwyciężali Ryszard Szurkowski, Stanisław Szozda. Pochodzę z małej miejscowości Józefina w Kieleckiem, gdzie wspólnie z rówieśnikami organizowaliśmy sobie wyścigi na rowerach. Mama szyła bratu (Zbigniew Piątek - kiedyś kolarz: triumfator Tour de Pologne w 1987 roku oraz dwukrotny olimpijczyk: Barcelona -1992 i Sydney - 2000) i mnie koszulki. Zieloną - najlepszego górala, fioletową - najaktywniejszego zawodnika, żółtą - lidera. Urządzaliśmy sobie te wyścigi w wieku 9-10 lat. Wtedy zaświtała mi myśl: będę kolarzem! I zostanę mistrzem olimpijskim! Kiedy Władysław Kozakiewicz został mistrzem olimpijskim w Moskwie (1980), postanowiliśmy zabrać się za skok o tyczce w pobliskim lesie. A kiedy Edward Jancarz wywalczył tytuł żużlowego wicemistrza świata, na motocyklach marki "Junak" próbowaliśmy swych sił. Biegaliśmy, graliśmy w piłkę, jeździliśmy na rowerach: zacięcie do sportu razem z bratem kształtowaliśmy od najmłodszych lat.

– Jak trafił pan do kolarstwa?

– Byłem uczniem VIII klasy szkoły podstawowej, gdy przeczytałem w kieleckim "Słowie Ludu" informację, że Korona Kielce organizuje wyścigi dla niezrzeszonych, i że najlepsi zostaną przyjęci do tego klubu sportowego. Pojechaliśmy z bratem na te zawody i zobaczyliśmy setki, tak chętnych jak my, młodych ludzi. Było to jesienią 1981 roku. Miałem czternaście lat, brat - piętnaście. Brat wygrał ten wyścig (trzy rundy - około 5 km), ja byłem szósty. Brat dostał koszulkę kolarską Korony Kielce, ja wracałem do domu z niczym i była do dla mnie porażka. Trudna do przeżycia.

– Ta porażka jednak nie zraziła pana do kolarstwa?

– Tydzień później był kolejny wyścig. I jeszcze kilka następnych, w tym także w terenie. I ja jeden z tych zawodów po bezdrożach wygrałem. I potem jeszcze trzy wygrałem. I od pierwszego października 1981 roku razem z bratem zostaliśmy zawodnikami/kolarzami Korony Kielce. I zaczęliśmy trenować. Byłem niezły. Zajmowałem drugie, trzecie miejsca, byłem szósty w challenge'u Polskiego Związku Kolarskiego w którymś tam roku, ale to mnie nie satysfakcjonowało. I kiedy byłem w klasie maturalnej (1986), trzeba było zdecydować: nauka czy sport? Zdecydowałem, że nauka. Zdawałem na studia (AWF Kraków) i za pierwszym razem to mi się nie udało.

– Jak został pan fizjoterapeutą?

– Zaproponowano mi to w Koronie Kielce. Pojechałem na Wyścig Dookoła Polski (Tour de Pologne) i Andrzej Kołodziejczyk z Gwardii Katowice zadał mi pytanie: - Młody, byłeś w wojsku? Moja odpowiedź była krótka: - Nie! Na to katowiczanin odpowiedział: - To my ciebie weźmiemy. Tak trafiłem do Gwardii Katowice ( jesień 1987), gdzie szefem był Adam Gęszka. Chciałem jeździć na rowerze, a pan Adam powiedział krótko: - Przyszedłeś tu jako fizjoterapeta, to musisz wykonywać swoje obowiązki. A jak starczy ci czasu, możesz trenować na rowerze. Jeździłem jak seniorzy, a po treningach ich masowałem. Było kilkunastu zawodników, więc harówkę miałem niezłą. Ostatnim moim startem na szosie jako zawodnika był Wyścig po Ziemi Gorzowskiej (1987). Dałem sobie spokój z kolarstwem jako czynny sportowiec, poszedłem w Katowicach do Studium Odnowy Biologicznej, gdzie przez dwa lata zdobywałem wiedzę i wyszedłem z wojska.

– Co było dalej?

– Myślałem o tym, by zostać trenerem i wychować zawodnika, który zdobędzie medal olimpijski. Tak trafiłem na Akademię Wychowania Fizycznego we Wrocławiu, gdzie Wacław Skarul prowadził specjalizację kolarską. Skończyłem studia i ówczesny prezes Polskiego Związku Kolarskiego Zbigniew Rusin w roku 1993, na trzy lata przed Igrzyskami Olimpijskimi w Atlancie, postanowił stworzyć polski team szkoleniowy MTB. Jan Mela został trenerem, ja natomiast masażystą.

– Czy w tamtym czasie, przed olimpiadą w USA, próbował pan podwyższyć swe trenerskie kwalifikacje poza Polską?

– Oczywiście. W 1995 roku trafiłem do Belgii, gdzie pracowałem w kolarskiej grupie zawodowej. Na początku 1996 roku Zbigniew Rusin, po moim powrocie do kraju, zaproponował mi funkcję trenera kadry MTB juniorów, kandydatów na Igrzyska Olimpijskie 2000 roku w Sydney.

– Pierwszy pana wyścig olimpijski w roli trenera odbył się w Sydney. Jak go pan wspomina?

– Pierwsze wyścigi olimpijskie MTB zostały rozegrane w Atlancie w 1996 roku. Nie byłem na tych igrzyskach, na których debiutowało kolarstwo górskie jako dyscyplina olimpijska, i na których wystartowali dwaj Polacy - Sławomir Barul i Marek Galiński. Zajęli jedne z ostatnich miejsc. Moją pierwszą olimpiadą było Sydney. Startował tam Marek Galiński. Byłem przejęty tym wyjazdem, startem Marka. To był mój pierwszy pobyt w Australii, wszystko wydawało się nowe. Marek Galiński zajął 24. miejsce w wyścigu cross country. Gdy wylądowaliśmy, po długim locie, na Okęciu - nikt nie zwrócił na nas uwagi. Stałem wówczas na warszawskim lotnisku i mówię do Marka: – Za cztery lata tak nie może być, by nikt na nas nie spojrzał, nie dostrzegł, nie chciał poprosić o autograf. Ten obraz po powrocie z Sydney, sportowej samotności, tkwi mocno w mej głowie. Postanowiłem wówczas, że z następnych igrzysk wrócimy zauważeni.

– W Atenach w 2004 roku Maja Włoszczowska otarła się o medal. Jaki był powrót do Polski z greckiej olimpiady?

– Niewiele brakowało do medalu. Maja Włoszczowska wywalczyła szóste miejsce, Ania Szafraniec była jedenasta. Te wysokie pozycje w cross country sprawiły, że zostaliśmy zauważeni. Po drodze, między igrzyskami, zdobyliśmy medale mistrzostw świata i mistrzostw Europy. Udało się stworzyć grupę zawodową w 2001 roku Lotto PZU. Po Atenach byliśmy pewni, ja jako trener oraz zawodniczki i zawodnicy, że za cztery lata z Pekinu wrócimy z medalem. Co też się stało.

– Jak na spokojnie, po czterech latach, mógłby pan opowiedzieć olimpijski wyścig MTB w Pekinie?

– Przed startem zapytał mnie jeden z dziennikarzy: - Jak będzie?, a ja odpowiedziałem słowami, które wypowiadałem dużo wcześniej, że będziemy walczyć o medal, a więcej powiem po dwóch rundach. Po tych dwóch okrążeniach powiedziałem Kamilowi Wolnickiemu z "Przeglądu Sportowego", że jeśli się nic nie stanie, mamy medal. Rund było sześć o długości 4700 każda. Kiedy zawodniczki wjeżdżały na finiszową kreskę, stałem za metą. Masażyta rzucił się mi na szyję, on się popłakał, ja się popłakałem. I później dzielenie radości z Mają. Włączyłem telefon i dostałem mnóstwo SMS-ów. W sumie kilkaset, także wiele sympatycznych telefonicznych podziękowań. Powiem krótko, przejazd Majki przez metę, to chwila, dla której warto żyć. Warto było się szarpać, pracować przez ileś tam lat, ciężko się trudzić, żeby przeżyć jedną taką chwilę. To jest coś, czego nie da się kupić, coś, co nie wszyscy mogą przeżyć. My mieliśmy tą przyjemność, tą satysfakcję, co udało się niewielu w Polsce. Zdobyliśmy jeden z dziesięciu medali olimpijskich dla naszego kraju, pierwszy po dwudziestu latach dla rodzimego kolarstwa.

– Jak wyglądał powrót z Pekinu?

– To było coś innego, przeciwieństwo powrotu z Sydney. Mieliśmy wracać samolotem rejsowym, ale sukces odmienił plany. Po zdobyciu medalu lecieliśmy samolotem rządowym. Na Okęciu powitanie było bardzo fajne, ja z Mają występowaliśmy w rolach głównych. Dużo kibiców, śpiewy, kwiaty. Dla takich chwil warto żyć.

– Sukces olimpijski w Pekinie, a po powrocie do kraju okazało się, że grupa HALLS przestanie istnieć z dniem 31 grudnia 2008. Czy spodziewał się pan tego?

– Po wyścigu byliśmy przekonani, że HALLS będzie z nami przez następne cztery lata, aż do Igrzysk Olimpijskich w Londynie w 2012 roku. Tym bardziej, że centrala firmy Cadburry Wedel (właściciel HALLSA) znajduje się w stolicy Wielkiej Brytanii. Byłem przekonany, że najbliższe cztery lata będziemy spokojnie przygotowywać się do następnej olimpiady. Niestety, szybko, miesiąc po powrocie z Pekinu, okazało się, że umowa nie będzie przedłużona. Nie mam żadnych pretensji do tej firmy, gdyż jej pomoc przez ostatnie dwa lata w istotny sposób pomogła w zdobyciu medalu olimpijskiego. Jej szefowie stworzyli nam w latach 2007 i 2008 optymalne warunki do treningu, wyścigów i przygotowań do Pekinu. Mieliśmy wszystko, co było nam potrzebne.

– Co potrzeba, by wychować taką mistrzynię jak Maję Włoszczowską?

– Recepta jest prosta. Potrzebny jest talent (zawodnik o odpowiednich cechach psychofizycznych) do tego bardzo trudnego sportu, jakim jest kolarstwo. Talent należy otoczyć profesjonalnym sztabem szkoleniowym (trener, fizjoterapeuta, mechanik, lekarz, fizjolog, psycholog, dietetyk). Sztab szkoleniowy musi opracować bardzo dobry program szkoleniowy dla talentu. No i na końcu należy znależć środki na realizację programu szkoleniowego, sprzęt, odżywki i sztab szkoleniowy. Jeżli uda nam się spełnić te cztery punkty wówczas potrzeba tylko cierpliwości by talent został mistrzem.

– Czy trener Andrzej Piątek ma czas na odpoczynek, na relaks?

_ Jestem pracoholikiem, bo nawet na wczasach też myślę o kolarstwie. Wypełnia mi ono każdą wolną chwilę. Nie jest się dobrym trenerem, jeśli nie myśli się 24 godziny o tym, co się robi. To jest moje życie, moja pasja, moje hobby. Kolarstwem żyję w dzień i w nocy.

– Został pan dyrektorem sportowym Polskiego Związku Kolarskiego na najbliższych kilka lat, conajmniej do Igrzysk Olimpijskich w Rio de Janeiro w roku 2016.

– Byłem jedynym kandydatem. Cieszę się z tej nominacji i nie boję się wyzwań, które przede mną stoją. Zadania są trudne, ale wykonalne.

– Ma pan 45 lat, z czego ponad trzydzieści poświęcił kolarstwu. Teraz przed panem wielce odpowiedzialne zadanie, by opracować plan rozwoju tego sportu w Polsce i przygotowań do olimpiady w Brazylii.

– W programie Igrzysk Olimpijskich w Rio de Janeiro będzie aż osiemnaście konkurencji kolarskich. Tyle będzie do zdobycia złotych, tyle srebrnych i tyle brązowych medali. Wiem, co trzeba zrobić, by wykorzystać potencjał i zapał polskiej młodzieży, która kocha kolarstwo, tak jak ja, i która ściga się na torze, na szosie, w zawodach MTB i BMX. Wiem, jak należy się przygotować, by sięgnąć po medale, by sprawić sportowcom, kibicom i sobie wiele radości i satysfakcji.

– Jest pan wybitnym trenerem, zna świat kolarstwa, jak mało kto. Chciałby pan mieć tyle pieniędzy do dyspozycji jak Wielka Brytania dla swych kolarzy?

– Brytyjczycy stworzyli system kształcenia i szkolenia kolarzy na medal. Do dyspozycji mają na cztery lata 37 milionów funtów szterlingów. Ich sukcesy na londyńskiej olimpiadzie były rezultatem systemowej pracy i treningu wielu ludzi przez wiele lat. Wiem, że nie będę miał tyle pieniędzy, ale też wiem, że zbiorowo, mądrze i wspólnie możemy ożywić polskie kolarstwo i wprowadzić je na szczyt.

- Ślicznie dziękuję za rozmowę.


 

 

Logo BCM Nowatex - Producent odzieży rowerowej, sportowej, kolarskiej

EUROBIKE

 

 
WSTECZ HOME E-MAIL