R E K L A M A :
 Newsletter >
 Wyślij znajomym >
 Dodaj do ulubionych
  Szukaj na stronie.
Jesteś 17786672 gościem na naszej stronie
Aktualizowano: 2017-04-28
Podążajmy za Markiem

 

Maja Włoszczowska wspomina "Diabła"


Podczas uroczystej inauguracji Mistrzostw Polski MTB uczczono minutą ciszy pamięć Marka Galińskiego. Środa Wielkopolska, 17 lipca 2014.
Fot. Anna Olszańska

Wczoraj w Środzie Wielkopolskiej rozpoczęły się Mistrzostwa Polaki w kolarstwie górskim 2014. Ich organizatorzy nie zapomnieli, że tego roku, w nocy z 16 na 17 marca, na drodze pod Jędrzejowem zginął w wypadku drogowym Marek Galiński. Wybitny kolarz górski, czterokrotny olimpijczyk, mąż i ojciec, ostatnio trener olimpijskiej reprezentacji Rosji MTB. Minuta ciszy na średzkiej Starówce, zdjęcie "Diabła" na scenie opatrzone numerem startowym 001/1, to przykre przypomnienie, że rodzime MTB straciło znakomitego sportowca i człowieka. Oto jak wspomina go Maja Włoszczowska.


Oficjalne rozpoczęcie Mistrzostw Polski MTB 2014. Poczet sztandarowy zawodników: Dariusz Batek, Maja Włoszczowska i Borys Góral. Środa Wielkopolska, 17 lipca 2014.
Fot. Anna Olszańska

Przyjaciel dał mi ostatnio dobrą radę na życie: "Staraj się być taką osobą, za którą ludzie będą dobrowolnie podążać. Nawet jeśli nie masz tytułu, pozycji, nazwiska... Przeprowadź ocenę samego siebie i zadaj sobie pytanie: czy podążałbym za sobą?"

"Diabeł" nie musiał zadawać sobie tego pytania. On po prostu taki był. Nie zależało mu na tytułach, nagrodach, wyróżnieniach. Pomagał zupełnie bezinteresownie, bo lubił pomagać.

Gdy w maju 2011 roku przyszłam do niego z pytaniem czy poratuje mnie i pomoże ułożyć trening powiedział: "Spoko Majka, nie ma problemu. Potrzebujesz pomocy, to Ci pomogę. Ale nie chcę żadnego stanowiska, nie chcę żeby ktokolwiek o tym wiedział". Nie chciał też słyszeć o żadnych pieniądzach za tę pomoc. A dodam, że wcale aż tak dobrze się nie znaliśmy i bynajmniej nie narzekał na nadmiar wolnego czasu, w którym mógłby pisać moje plany treningowe.


Ostatni start Marka Galińskiego w Mistrzostwach Polski w maratonie MTB. Obiszów, wrzesień 2013.
Fot. Piotr Kurek

Bieg wydarzeń sprawił, że Marek ostatecznie objął stanowisko trenera kadry. Nie dla tytułu, prestiżu, pieniędzy. Tym bardziej, że przy swoich "papierach" nie miał co liczyć na wysoką pensję, a wdepnął w takie bagno, że niejeden by się poddał po dwóch tygodniach. Marek został trenerem kadry, bo prosili go o to zawodnicy, prosił prezes PZKol. Z pełną szczerością mogę stwierdzić, że Marek nas wtedy uratował.

Dzięki niemu, po nienajlepszym początku sezonu, odbiłam się i zdobyłam srebro mistrzostw Europy i świata. Za te wyniki dostałam solidne premie. Oczywistym było dla mnie, że część z nich należy się "Diabłowi". Nie przyjął.

Jemu należały się bardziej niż mi! Nie przyjął, bo dla niego nagrodą było to, że pomógł. Nagrodą były dla niego emocje jakie przeżywał, gdy jego zawodnicy odnosili sukcesy. Satysfakcja, że stłukliśmy potęgi takie jak Szwajcaria, Włochy, Francja... Satysfakcja z wykonanej pracy i tego, że jest dobrym trenerem.

"Diabeł" wprowadził do kadry wspaniałą atmosferę. Wszystkim wróciła chęć do pracy. Do kadry wrócili chłopcy z obsługi (tj. mechanik, masażysta, asystent), którzy zrezygnowali ze współpracy z poprzednim szkoleniowcem. Też nie dla kasy, nie dla stanowisk. Dla frajdy z pracy z "Diabłem". Dla celu jakim była wspólna walka o medal na Igrzyskach.

Mimo iż presja była olbrzymia, Markowi udało się wprowadzić niesamowity luz. Pracowaliśmy bardzo ciężko. Z Olką Dawidowicz spałyśmy w każdym możliwym momencie, ledwo podnosząc powieki gdy trzeba było iść na drugi trening. Ale każdy trening dawał nam mnóstwo radości i satysfakcji.


Marek Galiński na Mistrzostwach Polski w maratonie MTB. Obiszów, wrzesień 2013. Od lewej: Piotr Kurczab, Aleksandra Dawidowicz, Marek Galiński, Dariusz Noceń i Bogdan Czarnota.
Fot. Piotr Kurek

Wujek, jak go czasem nazywaliśmy, był profesjonalistą w kwestii treningu, regeneracji, diety, ale też strasznie mieszał czym nas potrafił mocno irytować. Żartowaliśmy z niego: "No..., ciekawe jaką dzisiaj 'Diabeł' weźmie łyżkę do mieszania ;)". Milion pomysłów na minutę. Cały on. Ciężko było nadążyć za jego myśleniem. Co chwilę nowe treningi, nowe ćwiczenia. Całe życie kombinował, uczył się, szukał, podpatrywał innych, słuchał profesorów, wymyślał sam. Wszystkie pomysły najpierw testował na sobie. Uwielbiał się zmęczyć, "upodlić", jak zwykł mawiać. Trening, rower górski to była jego pasja. Na poziomie, którego sama chyba nigdy nie będę w stanie osiągnąć.

Nikt nie wiedział skąd on bierze te wszystkie pomysły. Jeśli sport można nazwać sztuką, to plany treningowe Marka były arcydziełami. Sam zresztą dowcipkując ze swoimi współpracownikami w kadrze Rosji (Hubertem Grzebinogą i Mariuszem Miśkowiczem) mówił: "Bo wiecie... Ja jestem jak Picasso".

Miałam wrażenie, że czuje on organizmy swoich zawodników lepiej, niż oni sami. Gdy napisał mi plan treningowy, patrzyłam na liczby (czas, waty) i w myślach mówiłam: "Ile? Czy on oszalał? Nie ma szans, żebym to przekręciła!" Ale zawsze podejmowałam rękawicę i okazywało się, że te 260 watów, to było dokładnie tyle, ile mogłam przekręcić. Nie 10 więcej, nie 10 mniej. I dokładnie przez zadane 5 minut.

Z drugiej strony, gdy po kontuzji napisał mi 120 watów przez godzinę i 15 minut, myślałam: "No bez przesady... przecież tyle to przedszkolak przejedzie". NIE. To było dokładnie tyle, ile w tamtym czasie byłam w stanie zrobić. Po czym spałam pół popołudnia...

Przez trzy lata pracy z Markiem nauczyłam się więcej niż w trakcie całej swojej kariery, ale nigdy ani ja, ani nikt inny nie będzie w stanie jego modelu powtórzyć, skopiować. Bo ten się stale zmieniał...

"Wujek" podniecał się tymi treningami jak młodzik. Podobnie jazdą w terenie. Gdy miałyśmy wolne popołudnie, on brał rower i jechał szukać nowych tras. Wracał podekscytowany: "Ale znalazłem zjazd! Takie dropy! Jedziemy jutro!". Potem pytał: "Fajny, co? Fajny?"


Mistrzostwa Polski w maratonie MTB. Dąbrowa Górnicza, wrzesień 2012. Startuje elita polskiego kolarstwa górskiego. Marek Galiński (nr startowy 12) z prawej strony.
Fot. Piotr Kurek

Zanim zaczęłam współpracę z Markiem, miałam wbite do głowy, że najważniejsze jest by "od linijki" wykonać trening. Cyferki mają się zgadzać, wykres tętna czy mocy ma być "kreską". U "Diabła" cyferki też się miały zgadzać, choć ważniejsze było zawsze samopoczucie. Uczył nas czuć swój organizm. Ale oprócz tego zawsze dbał o to, by przy okazji czerpać z jazdy przyjemność. Nowe miejsca, nowe trasy, nowe widoki...

Pamiętam, jak w trakcie robienia interwałów na podjeździe podjechał do mnie i powiedział: "Chodź, chodź, pokażę Ci coś". Trochę byłam zła, że "zakłóca mi trening". Ale założyłam, że pewnie chodzi mu o jakiś fajny podjazd, z dużym nachyleniem. Poza tym - "Wujek" każe, to jadę. Zjeżdżamy wąskimi uliczkami Benissy, a on: "I co? I co? Ładnie tu, nie?". Wtedy popatrzyłam na niego jak na idiotę. Ja tu robię swoją robotę, koncentruję się na watach i czasie, a ten mi przeszkadza pokazując kawałek morza i skałę.

Teraz - robię to samo.

Marek uczył ciężkiej pracy, ale uczył też jak z tej pracy czerpać przyjemność.

Jako trener nie unikał żadnego zajęcia. Zajmował się absolutnie wszystkim. Układał plany, naprawiał rowery, jechał na trening, doradzał w kwestii diety, suplementów. Rezerwował hotele, zajmował się papierologią. Dbał o zawodników, ale zupełnie nie miały znaczenia jego wygody. Swojej pracy oddawał całe serce. Do tego był nie tylko trenerem, którego wszyscy darzyli wielkim szacunkiem. Był przede wszystkim dobrym kumplem, mającym dystans do siebie i wiecznie żartującym - z siebie i innych. Gdy któraś z dziewczyn zrobiła coś nie tak - mówił wprost: "Ty głupia babo". Niedawno borykałam się z różnymi problemami zdrowotnymi. Gdy coś mu ponarzekałam, zamiast rozczulać się nade mną, zażartował: "To ty się do niczego nie nadajesz". Pamiętam też, jak podekscytowana po zwycięstwie w Pucharze Świata w RPA (i spektakularnym wyprzedzeniu Emilly Batty na rock gardenie) podjechałam do "Diabła", gdy ten był już na starcie swojego wyścigu. Piszczałam: "Widziałeś!? Widziałeś, jak to zrobiłam!?". A on na to: "Dobra, dobra, tylko na cholerę tak je ciągałaś na płaskim! Trzeba było się oszczędzać na kole!". Wiedziałam jednak, że był dumny. Gdy trzeba było, potrafił też chwalić, potrafił wesprzeć na duchu.


Anna Szafraniec, Marek Galiński i Paweł Ziemba. Skandia Maraton Lang Team. Szczawno-Zdrój, 3 maja 2008.
Fot. Piotr Kurek

To, za co wszyscy cenili Marka najbardziej, to jego zasady. Nie bawił się nigdy w politykę. Kogoś lubił bardziej, kogoś mniej - nie miało to znaczenia. Gdy powoływał zawodników na zawody mistrzostw Europy i świata, jechać miał najlepszy. Bardzo przejmował się tym, by nikogo nie skrzywdzić. Niezależnie, czy chodziło o przyjaciela, czy wroga. Czy kogoś lubił, czy nie.

Nad kryteriami wyjazdu na igrzyska olimpijskie pracował kilka dni. Wymyślał systemy punktowe, nie takie, które będą faworyzowały jego zawodników, tylko takie, które będą sprawiedliwe. I nie po to, by nikt się do niego później nie przyczepił. Dla Marka najważniejsze było by nie skrzywdzić żadnego trenującego zawodnika. Na swoim stanowisku nie mógł oczywiście uniknąć krytyki. Przyjmował ją jednak zawsze ze spokojem. Odpowiadał podpierając się merytorycznymi argumentami. Z nikim się nie kopał, nie wdawał w dyskusję, nie odbijał piłeczki. Skupiał się na pracy. Robił swoje.

Świat jest teraz tak skonstruowany, ludzie tak wykorzystujący innych, że niestety "Diabeł" często przez to podejście tracił. W trakcie całej swojej kariery - zarówno zawodniczej, jak i trenerskiej, wiele razy miał ciężko. Nigdy jednak nie chował honoru w kieszeń. Nawet, gdy miał zostać bez pracy, bez kontraktu, bez pieniędzy - trzymał się swoich zasad. Nie politykował, nie układał. Robił swoje. Do wszystkiego, co osiągnął doszedł tylko i wyłącznie swoją ciężką pracą.

"Diabeł" nie zabiegał też nigdy o media, sławę, splendor. Przez to o wielu jego osiągnięciach i działaniach mało kto wie. Dla mnie najbardziej przykre jest to, że po trzech latach wspólnej pracy, przejściu razem przez wiele trudnych momentów, ale i po przeżyciu wspaniałych chwil gdy odnosiliśmy sukcesy, nie mam ani jednego fajnego, wspólnego zdjęcia. Nikt nigdy nie myślał o tym, by fotografować się wspólnie ze zdobytymi medalami, pucharami.

Marek poprosił o zdjęcie jeden, jedyny raz - po mistrzostwach świata w RPA w 2013, gdzie zdobyłam srebro, a prowadzona także przez niego Irina Kalentiewa była czwarta. Powiedział: "Muszę sobie z Wami obiema zrobić zdjęcie". Ale albo nie było mnie, albo Iriny... Zdjęcia nie zrobiliśmy...

To był bezprecedensowy, wielki sukces trenerski Marka. Od lutego 2013 pracował już dla innego kraju, ale mimo to zawsze służył mi dobrą radą. Dzięki niemu tak szybko podniosłam się po kontuzji, wróciłam do sportu i dokonałam, zdawało się niemożliwego, wracając od razu na podium mistrzostw świata. Irina - po dramatycznej pierwszej części sezonu, za namową koleżanki z kadry Rosji Very Andreevy, zaufała Markowi. Pracowała z nim ciężko przez sześć tygodni w Livigno i odbiła się od dna do... czwartego miejsca MŚ. Dwa tygodnie później wygrała zawody Pucharu Świata.

Znajdźcie mi drugiego takiego trenera. Znajdźcie drugiego, który jak go pochwalisz i podziękujesz powie: "Majka, ty to jesteś koń. Masz zdrowie i talent. Z każdym trenerem będziesz wygrywać. A zresztą wszystko wiesz. Nie potrzebujesz trenera...".

Guzik! To czemu nigdy wcześniej nie stawałam regularnie na podium Pucharu Świata? I co z innymi zawodnikami? Z Markiem Konwą, który pod okiem "Diabła" zdobył srebro mistrzostw świata. Też talent, a jednak nie zawsze dobry. Czy Piotrkiem Brzózką - pierwszym polskim medalistą mistrzostw świata MTB wśród mężczyzn.

Co z Anią Szafraniec, która po kilku bardzo słabych latach, pod okiem Marka rozwinęła znów skrzydła w 2009 roku zajmując czwarte miejsce na mistrzostwach Europy, piąte na mistrzostwach Świata i stając na podium Pucharów Świata w Champery i Schladming...?

Co z Iriną i wieloma innymi polskimi i rosyjskimi sportowcami, którzy odnieśli sukces pod okiem Marka?

Śmiem twierdzić, że "Diabeł" był jednym z najlepszych, jeśli nie najlepszym trenerem kolarstwa górskiego na świecie. Zresztą doceniali go i szanowali za granicą wszyscy zawodnicy i trenerzy. Mam wrażenie, że bardziej niż w Polsce...

Zanim jednak został trenerem był też świetnym zawodnikiem. Nigdy nie dbał o media i co tu ukrywać - był trochę w cieniu damskiej kadry, przez co o tych sukcesach nie zawsze było słychać. Do tego miał wyjątkowego pecha w momentach, gdy mógł zrobić życiowy wynik. W 2003 roku na mistrzostwach Europy w Grazu jechał w czołowej trójce z dużą przewagą nad czwartym zawodnikiem. Medal miał już w garści... i pół rundy do końca wyścigu złapał gumę...

2004 rok. Mistrzostwa Świata w Les Gets. "Diabeł" wystartował chory. Charczał, kaszlał, pluł flegmą. Mimo to stanął na starcie i... jechał genialnie. Cały czas na pierwszej-drugiej pozycji. Gdyby wyścig skończył się w przepisowym czasie dwóch godzin wygrałby! No, w najgorszym razie zdobyłby srebro. Ale tego dnia potwornie lało, trasa była wolniejsza, wyścig trwał 20 minut więcej. Choroba pewnie też zrobiła swoje i osłabiła Marka. Zabrakło mu 15 minut. Osłabł. Skończył na piątym miejscu.

Pecha miał zresztą też będąc moim trenerem. W Champery w 2011 na mistrzostwach świata złapałam gumę. Byłam zdecydowanie najlepsza, ale zamiast złota skończyłam ze srebrem. To oczywiście też sukces ale co tęcza to tęcza...

Co się wydarzyło przed IO w Londynie wiecie..

Nie jestem w stanie zrozumieć, czemu taki gość, mający całe życie pod górę, a ciągle dobry dla innych, z zasadami i wartościami, bezinteresowny, pomocny, energiczny, ma największego pecha w momencie, gdy najbardziej potrzebuje odrobiny szczęścia...

Byliśmy na miejscu wypadku. Jedno cholerne drzewo! Kolejne kilkadziesiąt metrów dalej. Gdyby Marek wypadł z drogi o jeden metr wcześniej, czy dalej zrolowałoby go na szerokim polu i zapewne wyszedłby bez szwanku....
...
W tym momencie zatrzymałam się z pisaniem na dwa dni...

Cały czas dźwięczą mi w uszach słowa Huberta Grzebinogi usłyszane nad ranem w nocy z niedzieli na poniedziałek: "Nie mam dla Ciebie dobrych wieści... "Diabeł" zginął w wypadku...".

To jest jak koszmarny sen.

Ostatni tydzień nie spałam, nie trenowałam (próby kończyły się fiaskiem). Równie ciężko przeżywali stratę Marka wszyscy, którzy go bliżej znali. Bardzo współczuję żonie i córkom Marka. Szczere kondolencje.

Dużo rozmawialiśmy. Wszyscy chcemy, by pamięć o Marku nie umarła. Dlatego będziemy działać, przypominać, jak fantastycznym był człowiekiem, jeździć dla niego i kontynuować jego działania. Na pewno zorganizowany zostanie memoriał "Diabła". Najpewniej w jego rodzinnych stronach - Gielniowie. Na trasie, którą sam projektował.

Tymczasem chciałam jeszcze napisać o kilku wspaniałych dokonaniach Marka.

Jako zawodnik - to nie tylko czterokrotny olimpijczyk i dziewięciokrotny mistrz Polski MTB XC. Nie wiem, czy pamiętacie - w 2003 roku jako jedyny w historii Polak stanął na podium Pucharu Świata w St Wendel. Przegrywając jedynie z Christophem Sauserem (ledwo o 8 sekund), za nim na trzecim miejscu legenda MTB - Julien Absalon. Tydzień później - w Fort William był piąty, a klasyfikację generalną Pucharu Świata skończył na dziewiątym miejscu. Wielokrotnie plasował się w czołowej ósemce mistrzostw Europy. Przecierał też szlaki Polakom za granicą. W 2003 roku jako pierwszy reprezentant naszego kraju podpisał kontrakt z zagranicznym teamem - Orbea.

W tamtym czasie jeździł też z sukcesami na szosie. Istotnie zaznaczał swoją obecność w takich wyścigach jak Bałtyk-Karkonosze (drugi na jednym z etapów w 2000), Wyścig Pokoju (11. w klasyfikacji generalnej 2003), czy w Małopolskim Wyścigu Górskim.

O trenerskich sukcesach Marka na szczeblu międzynarodowym już pisałam. Warto jednak zaznaczyć, że "Diabeł" dbał też o młodzież. Razem z panią Marzeną Osicką założył w Żywcu Szkołę Mistrzostwa Sportowego.

Dbał też o rozwój dyscypliny. Gdy objął stanowisko trenera kadry, reaktywował serię Pucharu Polski. W 2012 jedną z edycji zorganizował na swoim terenie w Gielniowie. Osobiście, przy dużej pomocy znajomych, budował trasę wyścigu XC. Do wyścigu rzecz jasna dokładał własne pieniądze, a od startujących w maratonie amatorów nie pobierał opłaty startowej. Cały Marek...

Cholernie przykro, że tak cenny człowiek tak szybko od nas odchodzi. Wielu rzeczy można teraz żałować. Żałuję, że tak późno zaczęłam z nim współpracować, że nie zrobiłam zdjęcia z nim i Iriną, że nie udało się zrealizować wspólnych planów, jakie się pomału tworzyły. Tak naprawdę jednak jestem wielką szczęściarą, że miałam okazję Marka poznać i tak wiele dobrego wniósł do mojej kariery sportowej i życia.

Przeczytajcie jeszcze raz cytat z początku moich wspomnień. Podążajmy za Markiem, żyjmy, jeździjmy jak on. Byłby dumny.

                                                                          Maja Włoszczowska
 

 

Logo BCM Nowatex - Producent odzieży rowerowej, sportowej, kolarskiej

EUROBIKE

 

 
WSTECZ HOME E-MAIL