R E K L A M A :
 Newsletter >
 Wyślij znajomym >
 Dodaj do ulubionych
  Szukaj na stronie.
Jesteś 20655173 gościem na naszej stronie
Aktualizowano: 2017-10-16
Marek Galiński

 

Czterokrotny olimpijczyk
nie myśli na razie o Londynie

Z Markiem Galińskim, nie tylko o kolarstwie górskim, rozmawia Piotr Kurek


Zwycięski Marek Galiński. Bielawa, 16 maja 2009. Zawody XC organizowane przez Czesława Langa.

Marka Galińskiego znam od lat. W tym roku widziałem go na kilku najważniejszych imprezach kolarstwa górskiego w naszym kraju - w zawodach XC organizowanych przez Czesława Langa w Szczawnie Zdroju, w Bielawie, w Nałęczowie i Gdańsku. By jednak porozmawiać z czterokrotnym olimpijczykiem (Atlanta, Sydney, Ateny i Pekin), odbyć dłuższą wymianę myśli z reprezentantem Polski o rowerach, kolarstwie i życiu, wybrałem się w połowie czerwca do Istebnej na Beskidy MTB Trophy 2009 - czteroetapowy wyścig na rowerach górskich.

Tu w scenerii Beskidów i w atmosferze sportowej rywalizacji - po pierwszym etapie, Marek Galiński był na nim drugi i zarazem najlepszy z Polaków - udało mi się namówić świetnego kolarza do zwierzeń, do refleksji nie tylko o kolarstwie.

– W tym roku po raz czternasty z rzędu odbyły się zawody XC organizowane przez Czesława Langa, w których wygrał pan po raz dziesiąty w klasyfikacji generalnej mężczyzn. Czy nie nudzą pana już te sukcesy?

– Mnie każdy sukces cieszy. Jest to dla mnie najlepsza motywacja do uprawiania sportu, który kocham, i uwieńczenie trudu, jaki wkładam w to, by wygrywać. Nie zawsze się to udaje, ale w w tym roku poza ewidentnym pechem w Szczawnie Zdroju (kiedy powietrze aż dwa razy uchodziło mi z tylnego koła), edycje w Bielawie, Nałęczowie i Gdańsku wygrałem zdecydowanie i zwyciężyłem też w klasyfikacji generalnej. W tym roku przez cały sezon, od kwietnia do czerwca, prezentowałem dobry, równy poziom. Taki poziom, który pozwala wygrywać mi najważniejsze polskie wyścigi cross country i być w nich pierwszym.

– Jeździ pan tyle lat na rowerze. Jak ocenia pan te wyścigi?

– Jeżdżę od początku w wyścigach Czesława Langa. Niektóre z nich nie zawsze były dobrze obsadzone, ale były i takie, w których startowali świetni zawodnicy - a ja wygrywałem. W tym roku, jak wszystkim wiadomo, wycofał się dotychczasowy główny sponsor - Bank BPH, ale zawody się odbyły. Ciężar ich finansowania podjął CzesławLang. Należy się nisko pochylić wicemistrzowi olimpijskiemu z Moskwy (rok 1980) za to, co robi dla kolarstwa górskiego: tylko on regularnie organizuje zawody XC na najwyższym poziomie w naszym kraju. Gdyby nie on, nie byłoby nic. Ja osobiście mu dziękuję za to, co robi dla kolarzy górskich w Polsce.

Marek Galiński wierzy w to, że zawody XC Czesława Langą będą jeszcze wyżej klasyfikowane przez UCI (Międzynarodową Unię Kolarską) - jako wyścigi E1 - co sprawi, że ochotnie będą tu przyjeżdżać zawodnicy z krajów ościennych, by zdobywać tu punkty, tak potrzebne w kwalifikacjach olimpijskich.

– Kiedy zaczynałem swą przygodę z rowerem górskim, to w tym czasie Czesław Lang podjął trud organizacji zawodów cross ountry w naszym kraju. Pierwszej edycji w 1996 roku nie wygrałem, zwyciężył mój kolega Sławomir Barul.

Marek Galiński i Czesław Lang tworzyli od początku, od 1996 roku, historię XC w Polsce. Ten pierwszy jako zawodnik, Lang jako organizator.

– Ile wyścigów XC i maratonów MTB wygrał pan w swym życiu?

– Nie wiem. Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Być może, kiedy będę na emeryturze, to będę zastanawiał się na ten temat. I dokonam sportowego podsumowania swej kariery. Od początku swej zabawy w kolarstwo prowadzę dzienniczki, w których każdy dzień jest zapisany. Zatem jest podstawa i możliwość, by dokładnie policzyć swe sukcesy i swe wygrane wyścigi.

– Czy pamięta pan swój pierwszy wyścig?

– Był to wyścig szosowy w rejonie Opoczna, ja zaś byłem młodym zawodnikiem. Był koniec 1989 roku. Kolarstwo polskie zupełnie inaczej wówczas wyglądało. Było dużo klubów sportowych, dużo zawodników. W takim wyścigu regionalnym startowało około 200 kolarzy w jednej kategorii wiekowej.

– Kiedyś kluby sportowe zachęcały do uprawiania sportu, a dziś?

– Kiedy ja zaczynałem przygodę z kolarstwem, kluby starały się wyławiać talenty sportowe. Inwestowało we mnie państwo, gdyż pieniądze z budżetu centralnego trafiały do klubów. Teraz jest zupełnie inaczej - sponsorami głównymi są rodzice. Oni kupują swym córkom i synom rowery, stroje i inne niezbędne w kolarstwie rzeczy. Dziś polskie kolarstwo ma coraz mniej zawodników, jest coraz mniej chętnych młodych ludzi, którzy chcieliby się męczyć w tak trudnym sporcie, jakim jest ściganie się na rowerze. Efekt jest taki, że jest coraz mniej kandydatów na mistrzów.

– Kiedy trafił pan do kolarstwa?

– Dość późno, po skończeniu szkoły podstawowej - w 1989 roku. Tak na dobrą sprawę wszystko rozpoczęło się od kolarskich wyścigów przełajowych. Moim pierwszym klubem była Opocznianka. Z tym klubem byłem związany przez półtora roku. W tym czasie chodziłem do szkoły średniej (Technikum Mechaniczne) w Drzewicy. To było osiem kilometrów od mojej miejscowości rodzinnej - od Mroczkowa (teraz nazywa się Mroczków Duży).


Anna Szafraniec, Marek Galiński i Paweł Ziemba. 3 maja 2008 - przed startem do maratonu MTB Skandii i Czesława Langa.

– Kiedy uznał pan, że trzeba zająć się poważnie kolarstwem?

– Kiedy chodziłem do pierwszej klasy szkoły średniej (Technikum Mechaniczne) w Drzewicy, jeździłem w Opocznie. Później przeniosłem się do Technikum Mechanicznego w Tomaszowie Mazowieckim, gdzie uczyłem się i zacząłem startować. W Tomaszowie zacząłem traktować kolarstwo bardziej na poważnie. Było to w Klubie Sportowym Start Tomaszów Mazowiecki. I tam zacząłem wygrywać pierwsze wyścigi - przełajowe i na szosie. Tak trafiłem do kadry narodowej juniorów w kolarstwie przełajowym. W tym czasie kolarstwa górskiego jeszcze w Polsce nie było. Na szosie wiodło mi się wówczas nieźle - jako junior wywalczyłem tytuł wicemistrza Polski.

– A kiedy rozpoczęła się pana przygoda z rowerem górskim i w jakich okolicznościach?

– Moja przygoda z rowerem górskim rozpoczęła się w Tomaszowie Mazowieckim. Wszystko za sprawą Wojciecha Bartolewskiego, właściciela montowni rowerów, hotelu i restauracji, który zafundował rowery górskie Sławomirowi Barulowi i mnie. Rower górski na początku lat dziewięćdziesiątych był w Polsce czymś nieznanym, nowością. Pamiętam dzień, gdy Sławek Barul przywiózł taki rower i oglądałem go z niezwykłym zainteresowaniem. Pamiętam swój pierwszy wyścig na rowerze górskim na trasie Karpacz - Szpindlerowy Młyn. To były prawdziwe zawody, gdzie trzeba się było mocno, ale to mocno natrudzić

– Jak pan wspomina pierwsze wyścigi MTB w Polsce?

– Były to wyścigi ciężkie, ekstremalne, mordercze. Trasy po bezdrożach, szaleńcze zjazdy. Dziś wyścigi XC przypominają bardziej kolarskie przełaje niż pełnokrwiste MTB. Dziś mam dobry rower górski i jego technicznych możliwości nie jestem w stanie wykorzystać podczas sportowej rywalizacji. A kiedyś trudne zjazdy pokonywałem na rowerze górskim ze sztywnym widelcem.

– Jest pan jednym z nielicznych polskich sportowców, który brał udział w czterech olimpiadach. Tej w Atlancie (1996), gdy kolarstwo górskie debiutowało jako dyscyplina olimpijska i w tych następnych - w Sydney, w Atenach i Pekinie. Czy marzy pan o Igrzyskach Olimpijskich w Londynie w 2012 roku?

– Mam nadzieję, że będę w Londynie. Jeśli nie jako zawodnik, to jako kibic. Ja przed każdą olimpiadą, także i przed tą ostatnią - w Pekinie, zawsze mówiłem, że potrafię się dobrze przygotować jako zawodnik do imprezy. Robię wszystko, by nie zawieść oczekiwań - trenerów i kibiców.

– Gdyby swój debiut olimpijski w Atlancie zechciał pan krótko opisać słowami?

– Mój start w Atlancie był totalnym niewypałem. Moje możliwości były niesamowite, ale zabrakło doświadczenia. Nic w tym wyścigu się nie ułożyło - ani Sławkowi Barulowi, ani też mnie. Był to duży stres, niesamowite przeżycie. Zająłem 29. miejsce, ale - jak to dziś oceniam - mogłem być sklasyfikowany znacznie wyżej. Do dziś pamiętam, że Amerykanie jako gospodarze - u nich narodziło się kolarstwo górskie - cieszyli się bardzo, że w Atlancie MTB debiutuje jako dyscyplina olimpijska. To oni wyznaczyli światu, jak robić rowery górskie, jak organizować wyścigi o dużej skali trudności. I taki też był ten pierwszy olimpijski wyścig XC.


Marek Galiński w swym sadzie.
Fot. Krzysztof Jakubowski

– Cztery lata później pojechał pan na koniec świata, do australijskiego Sydney. Jak tam było?

– Zająłem 21. miejsce. I odpowiadało to moim ówczesnym możliwościom.

– Kolejny pana rozdział olimpijski to Ateny 2004.

– W 2003 roku, na rok przed Atenami, odnosiłem wiele sukcesów w zawodach Pucharu Świata, gdzie przyjeżdżałem w czołówce - zajmując miejsca od drugiego do piątego. W 2004 solidnie się przygotowywałem do greckiej olimpiady, ale start był pechowy. Jadący przede mną Thomas Frischknecht na pierwszym zakręcie wyłożył się i pociągnął za sobą zawodników z lewej strony do upadku lub zmusił ich do hamowania. Trasa byla bardzo szybka, dużo kurzu. Straciłem dużo, ale goniłem zawzięcie - by z okolic 40. miejsca przesunąć się ostatecznie na czternastą pozycję. Dwa tygodnie po IO w Kielcach zostałem mistrzem Polski, a na mistrzostwach świata we Francji zająłem 5. miejsce.

– A Pekin 2008?

– W Pekinie zająłem trzynaste miejsce. Powtórzyła się sytuacja z Aten: tym razem po starcie przewrócił się jadący przede mną Amerykanin. Zostałem zablokowany, gdyż mogłem albo uderzyć w barierki albo najechać na zawodnika z USA. Musiałem się zatrzymać i później szaleńczo gonić. Na kolejnych rundach miałem 4-5 czas, wystarczyło to na trzynaste miejsce. Dobrze wspominam Ateny.

– Czy marzy się panu taki zapis w Powszechnej Encyklopedii PWN: Marek Galiński, rok urodzenia - 1974, znakomity polski kolarz górski, pięciokrotny olimpijczyk.

– Jeśli pięciokrotny olimpijczyk, to może i medalista? Nie myślę jeszcze o Igrzyskach Olimpijskich w Londynie w 2012 roku. Żyję teraźniejszością, zaś przez trzy lata może się jeszcze dużo wydarzyć.

– Od 1996 roku należy pan do grona trzydziestu najlepszych kolarzy górskich świata.

– Tak. Od momentu, gdy zostałem seniorem (zawodnikiem elity) należę do tej elity. Takich jak ja jest coraz mniej. Starsi odchodzą, przychodzi młode pokolenie. Nie mam żadnego wzoru do naśladowania.

– Czy ksywka "Diabeł" ma dla pana znaczenie pozytywne?

– Ta ksywka urodziła się w czasach mego kolarstwa przełajowego, jeszcze przed moim przejściem do kolarstwa górskiego. Nie jest mego autorstwa, może pochodzi od Dariusza Gila - trzynastokrotnego mistrza Polski, może od Tadeusza Korzeniewskiego - pięciokrotnego mistrza Polski, może od kogoś innego. Słowo "Diabeł" ma dlań neutralne znaczenie, ale czuję niekiedy, że dziennikarze i kibice wypowiadają je z należnym szacunkiem.

– Tyle lat na rowerze. Wyścigi tu i tam. Cztery olimpiady. Gdzie nie był pan jeszcze na świecie.

– Nie byłem w Afryce. Tak blisko Europy, ale tam nie byłem. Wybierałem się już kilka razy na Czarny Ląd, ale zawsze coś stawało na przeszkodzie. Może ksywka "Diabeł"?

– Które miejsce na świecie najbardziej pana zachwyciło, jako teren rozgrywania zawodów MTB?

– Jedno miejsce podoba mi się w sposób szczególny: to jest Vancouver w Kanadzie. Wyścigi w tym mieście rozgrywane są na Wielkiej Górze (Big Mountain). Wjeżdża się na nią wyciągiem na wysokość tysiąca metrów. I później można różnymi drogami, dróżkami pędzić w dół. Jest to miejsce, w którym można się zakochać.

– A gdyby pan miał wskazać najładniejsze miejsce w Polsce dla kolarzy górskich?

– Kocham Karkonosze - te nasze, także i te po czeskiej stronie. Są tu ładne miejsca do poznania z wysokości siodełka rowerowego, także miejscowe władze doskonale rozumieją (czego nie można powiedzieć o włodarzach Zakopanego), że jazda rowerem górskim nie narusza substancji tych pięknych gór.

– Kilkanaście lat w czołówce światowych kolarzy górskich. Jakie zmiany zaszły w sprzęcie w tym czasie, w sposobie treningu i odżywania się zawodników?

– Kiedyś były inne czasy. MTB to była zabawa, dziś jest to szalony wyścig. I to pod każdym względem. Sprzętu, wagi roweru, doboru opon, zasad odżywiania podczas wyścigu. Dziś wszystkie te elementy są ważne i decydują o sportowym wyniku. Na początku swej przygody z MTB bawiłem się jako amator, teraz jestem profesjonalistą.

– Na jakim rowerze ściga się Marek Galiński?

– Jeżdżę na rowerze marki Specialized Epic. Jest to rewelacyjny model i to dla każdego pasjonata MTB. Rower podwójnie amortyzowany, waga 9,2-9,5 kg, widelec sam się blokuje lub zwalnia (w zależności od drogi). To cacko kosztuje od 25 do 30 tysięcy złotych. Nie jest to egzemplarz seryjny fabrycznie, ale specjalnie przygotowany dla mnie. Potrafię sam zrobić wiele przy swym rowerze, ale polegam na fachowości mechanika naszego teamu JBG-2 Zbigniewa Gawła.

– Ile rowerów pan żużył w trakcie swej kariery sportowej?

– Dużo, norma roczna - to dwa. Ale był taki okres w mej karierze, gdy jeździłem w ekipie PSB Atlas Orbea (2005), gdy w trakcie jednego sezonu miałem do swej dyspozycji aż pięć rowerów górskich.

– Obecnie startuje pan w JBG2, profesjonalnym klubie kolarskim.

– Powstała grupa kolarska, której sponsorem jest firma JBG2. Jej właścicielem jest pan Brzózka, który lubi i kocha kolarstwo. Zaszczepił swym synom - Piotrowi i Adrianowi - miłość do cyklizmu i sponsoruje całą grupę, w której startuje także Anna Szafraniec i ja. W barwach JBG-2 jeździ również Kornel Osicki i Bartłomiej Wawak. Mam nadzieję, że czwórka młodych kolegów zastąpi mnie za jakiś czas i to z sukcesami.

– MTB dawniej i dziś. Ściga się pan kilkanaście lat i zapewne dostrzega zmiany, ewolucję w tym rodzaju kolarstwa?

– Widzę takie zmiany. Kiedyś to było kolarstwo górskie, dziś to się robi coraz bardziej cyclocross. Te zmiany dostrzegają najwyraźniej Amerykanie, którzy mają pretensje do Europejczyków, że uczynili MTB łatwiejszym, czymś przyjemniejszym, nie zaś tak ekstremalnym, jak to było kiedyś - na początku drogi, jaką światu wyznaczali Gary Fisher i inni.


Marek Galiński urodził się w Opocznie (1 sierpnia 1974), mieście związanym z kolarstwem od lat, ale nie mającym ścieżek rowerowych. Nie lubi długich podróży samolotem lub niewygodnym autem. Jest dobrym kierowcą, jak większość kolarzy. Jeździ dynamicznie autem Audi6. Je wszystko, co powinien jeść kolarz. Żona Katarzyna prowadzi własny sklep z obuwiem, państwo Galińscy poznali się rok przed Igrzyskami Olimpijskimi w Atlancie. Są małżeństwem od 1998 roku. Mają dwie córki - Karolina (10 lat) i Oliwia (2 lata). Marek Galiński mieszka na wsi - w Mroczkowie Gościnnym, 5 km od Opoczna. Mieszkał na wsi od urodzenia, później w Opocznie przez kilka lat. Zbudował dom w spokojnej okolicy. Lubi intymność, ma sad za domem - 150 drzew. Ma dobre kontakty z dziennikarzami. Nie lubi bezczynności.


Marek Galiński - najbardziej utytułowany polski kolarz górski, sześciokrotny mistrz Polski cross country (2000,2004-2008) i trzykrotny w maratonie MTB (2006-2007, 2009), dziesięciokrotny zwycięzca klasyfikacji generalnej Grand Prix MTB, trzeci zawodnik mistrzostw Polski w kolarstwie przełajowym, czterokrotny uczestnik Igrzysk Olimpijskich (Atlanta, Sydney, Ateny, Pekin), wielokrotny uczestnik mistrzostw świata i Europy. Ma 175 cm wzrostu i waży 63 kg. Kolarstwo uprawia od 16 roku życia (1989 rok). Swoją karierę zaczynał w LKS Optex Opoczno. W dalszej części kariery reprezentował: Lotto PZU (2002-2004), PSB Atlas Orbea (2005), Wilier Atala Optex (2006), CCC Polsat (2007). Obecnie (2008-2009) ściga się w zawodowym teamie MTB JBG2 Pro MTB Team.

Większe fragmenty tego tekstu ukazały się w sierpniowym numerze (2009) magazynu dla ludzi aktywnych "Rowertour"  

 

Logo BCM Nowatex - Producent odzieży rowerowej, sportowej, kolarskiej

EUROBIKE

 

 
WSTECZ HOME E-MAIL