R E K L A M A :
 Newsletter >
 Wyślij znajomym >
 Dodaj do ulubionych
  Szukaj na stronie.
Jesteś 19324682 gościem na naszej stronie
Aktualizowano: 2017-08-18
Jacek Morajko

 

Startujemy w Tour de Pologne, by go wygrać!
Z Jackiem Morajko rozmawia Piotr Kurek

– Urodził się Pan w roku 1981, a więc wówczas gdy w Polsce toczyły się namiętne spory polityczne, gdy działała już legalnie Solidarność, gdy krajem wstrząsały niepokoje społeczne. I gdy otwierały się nowe możliwości dla kolarstwa: Czesław Lang w tymże 1981 roku, po zdobyciu tytułu wicemistrza olimpijskiego w Moskwie rok wcześniej, rozpoczynał we Włoszech jako pierwszy kolarz z Europy Środkowo-Wschodniej swą przygodę z zawodowym cyklizmem.

– Jestem dzieckiem epoki ważnej zmiany w Polsce, urodziłem się 26 kwietnia 1981. To, co się wówczas działo znam z opowieści rodziców i historii. A Czesława Langa znam i szanuję, jako ważną postać światowego cyklizmu, i jako organizatora Tour de Pologne. Startowałem w polskim wyścigu narodowym dwa razy, 1 sierpnia, mam taką nadzieją, ruszę po raz trzeci. Znam trasę 67. Tour de Pologne prawie na pamięć, rozpoczyna się w Sochaczewie, kończy w Krakowie. To będzie trudny wyścig, szczególnie trzy ostatnie etapy. Od 1 do 7 sierpnia chciałbym być częścią polskiej reprezentacji, która wystartuje w Tour de Pologne. I która, pod wodzą Piotra Wadeckiego, pojedzie po zwycięstwo, po sukces.

Pierwszy kontakt Jacka Morajko z rowerem?

– Pamiętam pierwszy swój rower - żółty "Reksio", miałem wówczas sześć lat. Jeździłem wówczas już samodzielnie, bez podpórek. Ale prawdziwa przygoda rozpoczęła się, gdy kolarzówkę kupił mi dziadek Stefan. Tak na dobrą sprawę, do uprawiania tego sportu zachęciła mnie mama, która zabierała mnie na imprezy organizowane przez Klub Turystyki Kolarskiej (KTUKOL) z Głuchołaz. Był to udział w rajdach, spotkaniach turystyczno-rekreacyjnych, gdzie rower był czymś niezbędnym, podstawowym.

– Pierwszy start na rowerze, pierwszy wyścig. Kiedy to było?

– Nie byłem jeszcze młodzikiem, kiedy wygrałem swój pierwszy amatorski wyścig. Było to kryterium uliczne dla niestowarzyszonych w Głuchołazach. Wygrałem wówczas z kolegą - Łukaszem Tomaszewskim. Ale na dobre rozpoczynałem się ścigać w końcu 1996 roku, już jako junior młodszy.

– Sukcesy w młodym wieku sprawiły, że trafił Pan do Szkoły Mistrzostwa Sportowego w Żyrardowie o profilu kolarskim.

– Tak, to naprawdę świetna szkoła, która istnieje do dziś. W jednej ławce/klasie uczyłem się z Mariuszem Witeckim i Markiem Rutkiewiczem. Dziś, cała nasza trójka, jesteśmy znanymi kolarzami i jeśli wszystko dobrze się ułoży - razem pojedziemy w tegorocznym Tour de Pologne. Mówiąc ciut krotochwilnie, stwierdzam taki oto fakt, że przyszłość polskiego kolarstwa siedziała w jednej ławie szkolnej. I razem zdawała maturę. Uczęszczał do tej szkoły także znakomity torowiec Damian Zieliński, Łukasz Kwiatkowski i Łukasz Podolski - to kolejne nazwiska zawodników, którzy pobierali naukę w szkole kierowanej przez Panią dyrektor Beatę Rybkowską. Ta szkoła stworzyła mi możliwość nauki i treningu, zaś dzięki Jerzemu Wiśniewskiemu i jego kontaktom otwarła drogę w świat. Dziś jestem kolarzem, olimpijczykiem z Pekinu, mistrzem Polski i wiem, że tej szkole zawdzięczam dużo, bardzo dużo. Takie szkoły są potrzebne polskiemu sportowi, naszemu kolarstwu.

– Jak to się stało, że po maturze w 2000 roku od razu trafił Pan do Francji?

– Jerzy Wiśniewski był w żyrardowskiej szkole i wychowawcą, i trenerem, i sportowym opiekunem. Miał świetne konktakty we Francji, do której trafiłem po raz pierwszy - jeszcze przed maturą - wiosną 2000 roku. Pojechałem tam na testy, a po maturze już na stałe znalazłem się we Francji. Zamieszkałem koło Poiters. I przez dwa lata ścigałem się w kraju Tour de France, ciągle podpatrując innych i ciągle się ucząc.

– A kiedy odniósł Pan pierwszy sukces? Taki do zapamiętania na całe życie.

– Byłem orlikiem, gdy wygrałem pierwszy wyścig. Było to we Francji, w roku 2000. Wcześniej stawałem na podium, jako drugi i trzeci zawodnik, ale nie jako zwycięzca. Ta wygrana w kraju Tour de France rozpoczęła drogę do mych kolarskich sukcesów.

– W roku 2002 zakłada Pan koszulkę reprezentanta Polski i reprezentuje nasze kolarstwo w mistrzostwach Europy i mistrzostwach świata.

– Wcześniej byłem w kadrze narodowej, ale koszulkę reprezentanta Polski założyłem w Bergamo (Włochy) na mistrzostwach Europy, gdzie byłem najlepszy wśród polskich zawodników. W tymże 2002 roku pojechałem na szosowe mistrzostwa świata, które odbyły się w Belgii. Rok 2002 był dlań dobrym rokiem, dzięki czemu otrzymałem kilka interesujących propozycji. Krajowych i zagranicznych.

– Do 2002 roku był Pan kolarzem amatorem, ścigającym się we francuskich teamach. Kiedy rozpoczął się czas zawodowstwa?

– W 2003 roku rozpoczęła się na dobre moja przygoda z kolarstwem zawodowym. Z Francji przeniosłem się do Portugalii, gdzie ścigałem się całych sześć lat - do końca 2008 roku. Od początku do końca swego pobytu w Portugalii mieszkałem w Porto. To piękne miasto, do odwiedzenia którego każdego zachęcam. Jeździłem w kilku ekipach, ostatnią z nich była Boavista Porto.

– Ile tysięcy kilometrów przejechał Pan po portugalskich drogach?

– Trudno powiedzieć. Mógłbym sumować dane ze swych dzienniczków, ale można przyjąć inną, prostszą, metodę policzenia przejechanych kilometrów. Rocznie w tym czasie pokonywałem około 30 tysięcy kilometrów, czyli w ciągu sześciu lat wyszłoby tego 180 tysięcy kilometrów.

– Czego się Pan nauczył, z kolarskiego punktu widzenia, w Portugalii?

– Sześć lat treningów i wyścigów w Portugalii i pobliskiej Hiszpanii sprawiło, że nauczyłem się dobrze jeździć po górach. Jako, że umiem finiszować, jeździć na czas i pokonywać górskie wzniesienia i podjazdy, mogę powiedzieć z czystym sumieniem, że jestem kompletnym kolarzem.

– Rok 2008. Startował Pan, razem z Tomaszem Marczyńskim i Przemysławem Niemcem, na Igrzyskach Olimpijskich w Pekinie - w wyścigu ze startu wspólnego. Jak ocenia Pan swój występ?

– Przyzwoicie, gdybym miał określić to jednym słowem. Ja ze swej strony nie mam sobie nic do zarzucenia. Przygotowywałem się bardzo starannie do startu i zająłem 55. miejsce. Trasę 245 kilometrów pokonałem w czasie 6 godzin 34 minut 26 sekund. Do zwycięzcy straciłem 10 minut 37 sekund. Wyścig wygrał Hiszpan Samuel Sanchez, drugi był Davide Rebellin z Włoch, a trzeci Szwajcar Fabian Cancellara. Rok wcześniej, podczas wyścigu przedolimpijskiego, na tej samej trasie w konfrontacji z najlepszymi szosowcami świata zająłem czwarte miejsce.

– Startując w Portugalii, uzyskał Pan nominację do kadry w 2007 roku i na Igrzyska Olimpijskie rok później. I w 2009 roku wraca Pan do Polski, by rozpocząć nowy rodział swej kariery - w grupie Mróz Action Uniqa.

– Jakby nie patrzeć, jakby nie spoglądać na przebieg mej sportowej kariery, sukcesy w Portugalii sprawiły, że stałem się bardziej znany w Polsce. I kiedy nadeszła propozycja od dyrektora Piotra Kosmali, by jeździć w grupie Mróz, stanąłem przed ważnym życiowym wyborem: ścigać się dalej na Zachodzie czy wracać do kraju?

– 16 luty 2009 roku. LLoret de Mar pod Barceloną. Tego dnia po raz pierwszy spotkał się Pan z kolegami z teamu Mróz Action Uniqa na obozie treningowym w Hiszpanii, a ja miałem okazję - jako dziennikarz - obserwować przebieg przygotowań do treningu, do pierwszej jazdy w 2009 roku.

– Tak. Tego dnia odbył się mój pierwszy wspólny trening z kolegami z teamu Mróz. Od 2009 roku jeżdżę w ekipie znanej w świecie kolarskim, nie tylko polskim, a dzień 16 luty zapisałem w pamięci jako zapoznawczy czas z kolegami (Mariuszem Witeckim, Mateuszem Taciakiem, Mateuszem Mrozem, Piotrem Osińskim, Pawłem Cieślikiem, Wojciechem Dybelem i Błażejem Janiaczykiem) i hiszpańskimi drogami. Przejechaliśmy tego dnia 100 kilometrów ze średnią prędkością około 30 km/h po pofałdowanym terenie na północ od Lloret de Mar. To były pierwsze wspólnie przejechane kilometry w ekipie, w której wcześniej jeździli, między innymi, Piotr Wadecki, Cezary Zamana, Zbigniew Piątek, Tomasz Brożyna i inni znakomici polscy szosowcy.

– Jest rok 2010, drugi rok startów w teamie Mróz, i owocuje on dla Pana fantastycznie. Wygrywa Pan pod rząd trzy ważne wyścigi: Małopolski Wyścig Górski, zdobywa tytuł mistrza Polski w Kielcach i na dokładkę triumfuje w Wyścigu Olimpijczyków i Solidarności.

– Te sukcesy, te zwycięstwa pokazuję, udowadniają niezbicie, że powrót do Polski był wyborem życia. Są takie chwile, że trzeba o czymś zdecydować. Decyzja, by jeździć w Mrozie i opromieniać go na nowo, jak za czasów Piotra Wadeckiego i innych, była jedynie słuszna. Dziękuję Piotrowi Kosmali za to, że dostrzegł we właściwym momencie, że stać mnie na sukcesy. Na zwycięstwa w wielkim stylu.

– 27 czerwca w Kielcach zdobywa Pan tytuł mistrza Polski w wyścigu ze startu wspólnego. Jakie to jest uczucie?

– Fantastyczne, niepowtarzalne. Tej radości, tego przeżywania nie da się z czymkolwiek porównać. Po prostu, jestem mistrzem Polski. Rozpiera mnie radość i duma, wiem dobrze, że żona Honorata, grono przyjaciół biją brawo i się cieszą całą szerokością swych serc. Jak ja. I jak sponsor główny teamu - Wojciech Mróz.

– Oczami swej wyobraźni buduję drużynę narodową na 67. Tour de Pologne. Jacek Morajko, Marek Rutkiewicz, Mariusz Witecki, Tomasz Marczyński, Bartosz Huzarski, Michał Kwiatkowski - wymieniłem sześciu kolarzy. Kogo chciałby Pan widzieć jeszcze obok siebie na trasie 67. Tour de Pologne?

– Decyzja należy do Piotra Wadeckiego, selekcjonera kadry narodowej. On przesądzi, kto pojedzie w prestiżowym Tour de Pologne, on wybierze ósemkę kolarzy. Ja wiem tylko tyle, że w tym roku polscy kolarze pokażą na co ich stać. Nie będziemy się oglądali na protourowe nazwiska, chcemy pokazać, że znamy polskie drogi, i że w tym roku nasza niegościnność będzie polegała na tym, że na górskich etapach w Beskidach rozstrzygnie się sportowo Tour de Pologne. Szkolna ławka z Żyrardowa - Marek Rutkiewicz, Mariusz Witecki i ja - może wiele zwojować, wiele dokonać.

– Urodził się Pan na Opolszczyźnie, która dała polskiemu kolarstwu znakomitych kolarzy? Jak choćby Stanisława Szozdę, Joachima Halupczoka, Edwarda Barcika.

– Urodziłem się w Opolu, a wychowałem się w Głuchołazach. Kiedy wracam w rodzinnne strony, kibice i znawcy kolarstwa zadają mi niejednokrotnie pytanie, czy i kiedy dorównam dawnym mistrzom szosy. To sympatyczne odwołanie ze strony ludzi Opolszczyzny do niedawnej przeszłości jest dla mnie dodatkową motywacją, by być dobrym kolarzem, by zwyciężać i wygrywać.

Stanisław Szozda, Joachim Halupczok i Jacek Morajko - pierwsza kolarska trójka Opolszczyzny. Takie zestawienie nazwisk jest przez Pana do zaakceptowania?

– Nie mi to osądzać. Jestem jeszcze młody, pełen sił i witalności, pełen chęci wygrywania i pomnażania swych sukcesów.

– Jak po portugalsku brzmi ważne dla kolarza słowo rant?

– Bordur. Tak jak po francusku.

– Jest Pan kolarzem, który podróżuje po świecie. I to dużo. Gdzie Pan już był, gdzie zaś jeszcze nie postawił swej nogi?

– W Europie byłem prawie wszędzie. Portugalię, Francję i Hiszpanię znam bardzo dobrze. Ścigałem się w Australii, w Azji, Afrykę odwiedziłem jako turysta. Nie byłem dotąd w ojczyźnie Lance'a Armstronga - Stanach Zjednoczonych, ale mam nadzieję, że taki czas nadejdzie. Kolarstwo sprawiło, że w mej pamięci utrwaliły się obrazy dróg, gór, przełęczy i krajobrazów, choć niekiedy podczas pełnej emocji jazdy nie ma czasu na smakowanie piękna natury i przyrody.

– Jak ocenia Pan swą znajomość języka portugalskiego?

– Po portugalsku porozumiewam się bez problemów, bez kłopotów. Znam francuski. Także angielski.

– Co się Panu w Portugalii najbardziej podoba?

– Jedzenie i wino. Lubię wytrawne - czerwone. Ale w ilościach, które nie szkodzą kolarzowi. Wróciłem do Polski, ale brakuje mi tych cudnych dań, jakie potrafią z ryb przygotować Portugalczycy. Są naprawdę mistrzami w ich przyrządzaniu.

– Sześć lat w Portugalii, na południu Europy, blisko kobiet pełnych urody. Ale Pańskie oczy dostrzegły coś wyjątkowego w Kielcach.

– Portugalskie panie i dziewczyny są piękne, a najurodziwsza jest Polka Honorata. Zielonooka, sympatyczna, miła, Brałem z nią ślub 28 listopada ubiegłego roku. Było to wydarzenie towarzyskie w Kielcach, w którym uczestniczyli wszyscy kolarze Mroza, Piotr Wadecki i wiele innych osób (także dziennikarze).

– Kolarstwo to teatr ruchu, niekiedy dramatyczny, kiedy kolarze padają na trasie lub na finiszu. Czy taka niekomfortowa sytuacja spotkała kiedyś Pana?

– Kraksy wpisane są w kolarskie życie, w nasz zawód. Z tym się zawsze trzeba liczyć. Ale sytuacji dramatycznie ekstremalnych dotąd nie miałem.

– Urodził się Pan w Opolu, ścigał się we Francji i Portugalii, reprezentuje od dwóch lat team Mroza. Gdzie Pan mieszka?

– Kupiłem mieszkanie w Kielcach. I od dwóch lat tu mieszkam.

– Dlaczego się Pan zdecydował na Kielce?

– Już wcześniej tu przyjeżdżałem, by trenować z Mariuszem Witeckim, moim klubowym kolegą. Znamy się z czasów wspólnej nauki w Szkole Mistrzostwa Sportowego w Żyrardowie. Ale jest i inna ważna okoliczność - Honorata jest moją żoną, kielczanką, i tu, na jej oczach zdobyłem w ostatnią niedzielę czerwca tytuł mistrza Polski 2010. I tu też chciałbym od niej otrzymać całusy, gdy dobrze pojadę 67. Tour de Pologne.

– Kto jest Pana największym fanem, kibicem?

– Mam ich wielu. Największym moim kibicem jest moja mama Barbara. Dzięki niej trafiłem na rower, do kolarstwa. Zawsze mnie wspierała i wspiera. Zbiera wycinki prasowe, choć w jej przypadku jest to skrzywienie zawodowe - pracuje jako reporter w opolskiej rozgłośni Polskiego Radia. W Kielcach, gdy jechałem po tytuł mistrza Polski - jej nie było, ale wiem, że jej radość była nie mniejsza niż moja. Teraz z równym zaangażowaniem jak mama kibicuje mi żona. 
 

Powyższy tekst ukazał się w sierpniowym numerze (2010) magazynu ludzi aktywnych "Rowertour"  

 

Logo BCM Nowatex - Producent odzieży rowerowej, sportowej, kolarskiej

EUROBIKE

 

 
WSTECZ HOME E-MAIL