R E K L A M A :
 Newsletter >
 Wyślij znajomym >
 Dodaj do ulubionych
  Szukaj na stronie.
Jesteś 19324651 gościem na naszej stronie
Aktualizowano: 2017-08-18
Szesnasty rok na rowerze

 

Z Mariuszem Gilem rozmawia Piotr Kurek


Mariusz Gil drugi rok jeździ w belgijskim teamie Baboco.

– Dziś jest Pan jednym z najlepszych kolarzy przełajowych świata. Mieści się Pan w pierwszej dwudziestce i czy to jest dlań satysfakcjonujące?

– Zgadza się, mieszczę się w pierwszej dwudziestce, nie do końca mnie to satysfakcjonuje. Chciałbym być w piewszej dziesiątce, gdyż zawsze apetyt rośnie w miarę jedzenia.

– Drugi rok jeździ Pan w belgijskiej grupie Baboco. Jak Pan do niej trafił, ile liczy ona osób i jak się Pan w niej czuje? Jakie to jest sportowe doświadczenie?

– Tak, to już mój drugi sezon w tej grupie. Trafiłem do niej w bardzo prosty sposób, a mianowicie szef mojej ekipy Steven Bakelandt chciał mnie mieć w składzie. Nasz team liczy 10 zawodników.

– Belgia, Holandia, Niemcy, Austria, Francja. Świat rowerów przełajowych toczy się, przede wszystkim, na Starym Kontynencie. Gdzie chciałaby Pan startować i co jeszcze poznać w trakcie kolarskich peregrynacji przez świat?

– Belgia to jest światowe centrum kolarstwa przełajowego. W tym kraju odbywają się najlepiej zorganizowane wyścigi, które mają piękny wymiar. Nie byłem jeszcze w USA, lecz możliwe, że w przyszłym roku zaliczę tam jakiś start.

– Niektórzy twierdzą, że krajem, który najbardziej kocha kolarstwo przełajowe - jest Belgia? Na czym polega fenomen, że na imprezę, szczególnie we Flandrii, przychodzi kilkanaście tysięcy ludzi, którzy żywiołowo dopingują kolarzy, i ktorzy wcześniej zapłacili za bilety wstępu?

– W Belgii ludzie uwielbiają przełaje. Taka impreza to jest zawsze wielkie święto, kibice bawią się, jak byliby na zabawie, a my kolarze jesteśmy aktorami.

– Marzenia i pragnienia Mariusza Gila na rok 2011? Sportowe, także w innym wymiarze.

- Chciałbym, przede wszystkim, być w 2011 roku zdrowy. To jest najważniejsze, by osiągać dobre wyniki sportowe.

– Uprawia Pan kolarstwo od ponad dziesięciu lat. Co to Panu dało? Jak Pan trafił do tego sportu, za czyją namową, z jakiej inspiracji?

– Kolarstwo uprawiam od 1996 roku. Nikt mnie do tego nie namawiał. Ale swego rodzaju zachętą było to, że mój brat Dariusz był dobrym zawodnikiem, dobrym kolarzem. Jest ode mnie starszy o 10 lat, był kilkanaście razy mistrzem Polski, i od dziecka chciałem być taki właśnie, jak on. Kolarstwo nauczyło mnie wytrwałości i solidnej pracy.

– Kolarstwo to teatr ruchu, teatr dramaturgii zdarzeń - szybkiej jazdy, wyprzedzania innych, upadków, także kontuzji - teatr piękna, odwagi i nieobliczalności na granicy ryzyka i zdrowia. Jak w Pana przypadku ten teatr wygląda? Bez upadków, bez wykluczeń ze sportowej rywalizacji?

– Do tej pory miałem tylko jedną poważną kontuzję, ale to było dawno, gdy byłem juniorem. Od tamtego czasu bylo lepiej i gorzej, lecz nic poważnego mi się nie przydarzyło. Od lat z wytrwałością dążę do osiągania jak najlepszych wyników.

– Czesław Lang organizuje od kilkunastu lat zawody MTB na najwyższym w Polsce poziomie. Czy nie korci Pana, by w nich startować - w wyścigach XC i maratonach?

– Czasami mam ochotę wystartować w zawodach XC, lecz to trochę nie leży w moim planie przygotowawczym do wyścigów przełajowych. Jeśli chodzi o udział w maratonie MTB, jeśli wystartuję, to tylko treningowo lub dla zabawy.

– Najbardziej piękny moment w Pana karierze sportowej?

– Na pewno jednym z najpiękniejszych chwil w mojej karierze było drugie miejsce na mistrzostwach świata w kolarstwie przełajowym (młodzieżowiec) w 2004 roku we Francji, ale także i zwycięstwo w prestiżowym wyścigu w Belgii - na słynnej górze Kopenberg.

– Kolarstwo przełajowe to z jednej strony umiejętność bezpiecznej jazdy i pedałowania w błocie, z drugiej szybkiego wspinania się pod wzniesienia, pokonywania przeszkód i także biegania. Co jest Pana specjalnością?

– Hm... Trudno powiedzieć, jeśli noga podaje (jak mówią kolarze), to na każdej trasie idzie dobrze.

– Jaki dzień był najbardziej pechowy w Pana karierze?

– Można powiedzieć, że trochę pecha miałem w 2004 roku, gdy nie wygrałem mistrzostw świata we Francji. Wówczas zostałem lekko przyblokowany na ostatnim podjeździe; nie pozwolilo mi to dojechać do finiszu razem z Belgiem, który wygrał, a wiadomo, że finisz to trochę loteria.

– W 2011 roku mistrzostwa świata w kolarstwie przełajowym odbędą się niebawem, 29-30 stycznia, niedaleko od Polski - w bawarskim Sankt Wendel. Jakie miejsce widzi Pan dla siebie w tym roku w tym najważniejszym wyścigu światowej elity mężczyzn?

– W Sankt Wendel mam nadzieję być w pierwszej dwudziestce 20, ale będę walczył o jak najlepszą lokatę.

– Kto zostanie, Pańskim zdaniem, mistrzem świata przełajowców 2011 roku?

– Myślę, że wyścig elity wygra Czech Zdenek Stybar.

– 6 maja 2011 roku ukończy Pan 28 lata. Ma Pan wiele tytułów i sukcesów za sobą, kolarstwo Pana cieszy i czy obecnie zakreśla Pan horyzont swej sportowej przygody?

– Mam dziesięć tytułów mistrza Polski w przełajach, na dzień dzisiejszy nie myślę o zakończeniu kariery, a o jej rozwinięciu.

– Proszę powiedzieć kilka słów o sobie: o swych pozasportowych pasjach, o rodzinie, o starszym (kiedyś znanym kolarzu) bracie, o Strzelcach Krajeńskich wreszcie, o ulubionych trasach treningowych. Także o muzyce, jakiej lubi Pan słuchać, o filmach, wreszcie o ulubionych daniach.

– Powiem krótko, na pasje pozasportowe ciężko znaleźć czas. Po sezonie lubię pojechać na narty, lubię też jazdę motorem. Jeśli chodzi o mego brata Darka, to szkoda, że gdy jeszcze startował, gdy był zawodnikiem, nie miał szansy wyjechać do Belgii na takich warunkach, jak ja. Myślę, że na Zachodzie też by zwyciężał i wygrywał, jak w Polsce. Nie mam ulubionych tras, jeśli chce się zrobić dobry trening, to trasa nie jest tak istotna. Muzyki słucham różnej. Lubię dobrze zjeść, ale jako kolarz muszę uważać na dietę.

 

Logo BCM Nowatex - Producent odzieży rowerowej, sportowej, kolarskiej

EUROBIKE

 

 
WSTECZ HOME E-MAIL