R E K L A M A :
 Newsletter >
 Wyślij znajomym >
 Dodaj do ulubionych
  Szukaj na stronie.
Jesteś 18999452 gościem na naszej stronie
Aktualizowano: 2017-07-27
Kluki odcięte od świata, czyli jak
nie zostałem pogryziony przez wilki

 

115 kilometrów na rowerze wokół jeziora Łebsko


Dwanaście kilometrów na rowerze po bałtyckiej plaży, od wydmy Łącka do wydmy Czołpińska. 22 marca 2015.
Fot. Slawomir Kulesza

– Panie, dokąd pan jedzie tym rowerem? - takie pytanie padło do mnie, gdy w niedzielę 22 marca wieczorem zjawiłem się na stacji paliw w miejscowości Główczyce. – Jadę do Łeby - odpowiedziałem. – Niech pan nie jedzie, bo rozszarpią pana wilki! - usłyszałem. Jakie wilki? - zapytałem.

W niedzielę 22 marca postanowiłem objechać na rowerze jezioro Łebsko pod Łebą. Najpierw dokonałem starannej analizy mapy i uznałem, że najlepiej będzie pierwsze kilometry przejechać przez Łebę w kierunku słynnych wydm, później kilkanaście km pokonać po brzegu bałtyckiej plaży, wydostać się z niej w stronę Czołpina, dotrzeć do miejscowości Kluki i stamtąd wrócić trasą rowerową o długości 24 km do Łeby przez Izbicę. Trzymając się ściśle planu, wypadałoby około 70 km, gdybym chciał zboczyć z drogi i coś jeszcze interesującego tu i ówdzie zobaczyć, trasa wydłużyłaby się o około 10 km, Tak czy inaczej, około 80 kilometrów.

Zanim ruszyłem w drogę, przez dwie godziny (od 11 do 13) przyglądałem się II Pomorskiemu Zlotowi Morsów. Przyjechali do Łeby w sile dwustu osób (z Helu, Mielna, Gdyni, Gdańska, Lęborka i innych miejscowości), spotkali się pod Urzędem Miasta i stamtąd barwny korowód morskich twardzieli i towarzyszących im osób przeszedł gwarnie na plażę. Świeciło słońce, rześkie powietrze wypełniało powietrze i po gimnastycznym przygotowaniu morsy pomaszerowały do wody. – Idealna pogoda, by się kąpać - usłyszałem od jednej z uczestniczek. Co tu dużo mówić, wszystko to ładnie wyglądało i ten kontakt w wodą w wykonaniu najbardziej zahartowanych morsów trwał ponad 20 minut.


Morsowanie w Łebie, czyli mieście żywiołów. Łeba, 22 marca 2015.

Fot. Piotr Kurek

Było na co popatrzeć, ale około godziny 13 ruszyłem w drogę, by zrealizować swój niedzielny plan rowerowy. Z plaży przez most pojechałem w stronę słynnych wydm. Droga jest asfaltowa, choć miejscami nierówna i po lewej stronie miałem jezioro Łebsko. Tego dnia nie brakowało turystów, niektórzy mogli skorzystać z mini autobusu, by dojechać do wydmy Łącka. To ta najbliższa Łeby, 10 km na zachód od niej.

Słońce, piasek, cisza. I nagie drzewa wśród wydm. Dojechałem do słynnej wydmy i idę szlakiem wyznaczonym dla turystów. Nagle widzę kolarzy ładnie i jednolicie ubranych. To członkowie teamu MTB z Politechniki Gdańskiej, którzy dzień wcześniej wzięli udział w sportowym wydarzeniu w Łebie (Duathlon na Wydmach i maraton MTB) a teraz, w niedzielne popołudnie, próbują na moich oczach z powodzeniem zjeżdżać na rowerze z największej piaskowej góry.

Pstrykam im kilka fotek, wymieniamy się grzecznościami i umawiamy się na listopadowy Duathlon na Wydmach w Łebie. Będzie to już trzecia edycja tej niebanalnej imprezy sportowej. Opuszczam wydmy i jestem na plaży, 10 kilometrów na zachód od Łeby.


Fani MTB z Politechniki Gdańskiej na wydmie Łącka. 22 marca 2015.
Fot. Piotr Kurek

Próbuję jazdy na rowerze. Można jechać, można pedałować. Jestem zaskoczony, że można rower rozpędzić do prędkości ponad 20 kilometrów na godzinę. Znam bardzo dobrze polskie wybrzeże, od Świnoujścia do miejscowości Piaski, i dotąd tylko na rowerze jeździłem w jednym miejscu na nadmorskiej plaży: w Świnoujściu. Od miejsca, gdzie kiedyś była granica polsko-niemiecka do wejścia do portu to dystans około 3,5 km.

Za plecami mam wydmę Łącka, przed sobą spieniony Bałtyk. Słońce grzeje jak na marzec nieźle, ja zaczynam pedałowanie. Jadę na zachód. Przejechałem bez problemów pierwszy kilometr, kolejny, kolejny, kolejny. Patrzę na licznik, to już 5 km po plaży. Piasek jest zmrożony, zwarty, stąd można pedałować z radością. Czym jadę dalej na zachód, tym większe ogrania mnie zdziwienie: tak szerokiej, czystej i wzorcowo piaszczystej plaży nie widziałem dotąd na naszym wybrzeżu. Przypomina dziką, jakby tutaj nigdy nie stanęła ludzka stopa.

Jadę, jadę, jadę i jestem sam. Nikogo dotąd nie spotkałem, choć licznik wybija kolejne kilometry. Patrzę na tablice opisujące długość w kilometrach wybrzeża i rachuję w myślach, ile jeszcze km mam do najbliższego wyjścia z plaży. Nagle w oddali widzę dwie sylwetki. Podjeżdżam do nich. Patrzę na licznik, to już 12 km samotnego pedałowania po plaży, która w tą marcową niedzielę mnie urzekła.


Zjawiskowa plaża bałtycka, 20 km na zachód od Łeby. 22 marca 2015.
Fot. Piotr Kurek

Podchodzę do młodego mężczyzny i proszę, by moim aparatem zrobił mi fotkę na rowerze na tej urokliwej plaży. Sławomir Kulesza mieszka w Gdańsku, ma szlachetne hobby i z dużą wprawą kilka razy naciska migawkę mego Nikona. Dziękuję mu za ładne fotki i w drogę.

Dojechałem do wydmy Czołpińska i muszę szlakiem przejść prawie 4 km, by wydostać się w stronę Czołpina i latarni morskiej o tej właśnie nazwie. Gramolę się dość długo z rowerem po wyznaczonym dla turystów szlaku. W końcu docieram do Czołpina. Kiedyś mieszkali tutaj latarnicy, pozostały po nich obiekty ładnej konstrukcji, które mają być odrestaurowane i muzealnie przypominać historię tych ziem. Jeszcze pnę się pod górę, by z bliska zobaczyć i sfotografować latarnię morską. O tej porze jest zamknięta, ale w okresie wakacji można tutaj na nią wejść.


Latarnia morska Czołpino, 22 marca 2015.
Fot. Piotr Kurek

Z Czołpina jadę przez miejscowość Smołdziński Las w stronę bardzo znanej wsi Kluki. Dojeżdżam do niej, po lewej stronie zabytkowy cmentarz i tablica objaśniająca jego historię. Zamierzam tutaj popatrzeć, pofotografować jej skansenowe uroki. I już mnie raduje fakt, że do Łeby mam jeszcze tylko 24 km do przejechania. Szlakiem rowerowym, opisanym na mapach i w przewodnikach.

– Gdzie zaczyna się szlak rowerowy w kierunku Łeby? - pytam mężczyznę w średnim wieku, spotkanego na ulicy. – Nie da rady go pan przejechać - słyszę w odpowiedzi. – Dlaczego? - pytam. – Ta droga to jedno wielkie grzęzawisko, prawie bagna - podkreśla.

Dziękuję za te rady i jadę zmierzyć się z trudną drogą. Skręcam przy krzyżu w prawo, po lewej stronie drogowskaz dumnie wskazuje odległość 24 km do Łeby. Jadę, by po kilkuset metrach zobaczyć to, o czym przed chwilą usłyszałem. Próbuję jeszcze przez kilometr walczyć z wodnymi przeszkodami, przeskakiwać je, omijać. Widzę jednak, że dalsze posuwanie się do przodu traci jakikolwiek sens. Wycofuję się, wracam do punktu wyjścia, pod krzyż i dumny drogowskaz.
 


Kluki - w takich domach mieszkali kiedyś Słowińcy. 22 marca 2015.
Fot. Piotr Kurek

Jestem w tym momencie świadomy, że do Łeby mam dwie drogi powrotu. Tak, jak przyjechałem, czyli przez wydmę Czołpińską i dalej plażą aż do Łeby, bądź też szosą - całe 60 kilometrów. Jest godzina 18 i mam świadomość, że w Zdrowotelu, gdzie nocuję (polecam to miejsce na urlop, wypoczynek, relaks - kiedyś ośrodek wczasowy Orlenu), będę po godzinie 22, czyli nocą.

Pedałuję w stronę krzyża i dumnego drogowskazu i spotykam troje ludzi w średnim wieku. Pytają mnie, co tu robię, w Klukach, na końcu świata, odciętych wodą od krótszej drogi do Łeby, od owej trasy rowerowej. Odpowiadam, jakie miałem zamiary i mówię, że teraz muszę szurnąć, w ten niedzielny wieczorny czas, 60 km do Łeby. Szosą. Mówię im, że to lipa, że szlak rowerowy na mapach powinien być opisany słowami: "Dostępny tylko latem".

Oni mówią mi, że zbierają podpisy mieszkańców wsi Kluki, by władze samorządowe i Słowińskiego Parku Narodowego coś dla nich zrobiły, by droga do Łeby, ta 24-kilometrowa, była całorocznie przejezdna. Wpisuję się pod numerem 17 jako Piotr Kurek, mieszkaniec Poznania, fan rowerów, pod obywatelską petycję. Pani Agnieszka, panowie Stanisław i Czesław w swym społecznym nastawieniu liczą na moją pomoc, gdy mówię im, że jestem dziennikarzem. I jeszcze zapraszają na kawę. Ze słowami: – Pan nam z nieba spadł! 


Szlak rowerowy Kluki - Łeba, jedno wielkie grzęzawisko. Kluki, 22 marca 2015.

Fot. Piotr Kurek

– Nagłośnię wasz problem - mówię. – Ale zrobię to też, by przypadkiem inni turyści rowerowi, niekiedy z dziećmi, nie zatrzymali się ze łzami w oczach przed wodą nie do pokonania.

Jest prawie 19, gdy ruszam szosą w stronę Łeby. Mam na liczniku przejechanych tego dnia 50 km i jeszcze ponad 60 do pokonania. Lampa przednia dobrze podaje światło, tylna widoczna jest dla samochodów. Kluki, Łokciowe, Smołdziński Las, Smołdzino, Żelazo... Naciskam mocno na pedały i czujnie rozglądam się na boki, kiedy przejeżdżam przez lasy, by zwierzyna mnie nie poturbowała. Po siedemnastu kilometrach dojeżdżam do drogi Słupsk - Łeba. Skręcam w lewo, mam jeszcze przed sobą ponad 40 km do celu.


Mieszkańcy wsi Kluki walczą o swoje prawa. Po lewej podpisy, po prawej petycja do władzy gminnej. Kluki, 22 marca 2015.
Fot. Piotr Kurek

Na tej trasie panuje większy ruch samochodów, więc muszę bardzo uważać. Dojeżdżam do miejscowości Główczyce, zatrzymuję się tutaj na stacji benzynowej. Kupuję batony, by się posilić, gdy słyszę za sobą słowa: – Panie, dokąd pan jedzie tym rowerem? – Jadę do Łeby - odpowiedziałem. – Niech pan nie jedzie, bo rozszarpią pana wilki! - usłyszałem. Jakie wilki? - zapytałem.

– Panie, niech pani znajdzie gdzieś nocleg, nie jedzie do Łeby, bo wilki pana rozszarpią - tłumaczy mi mężczyzna w średnim wieku. I objaśnia, czego nie wiedziałem, że leśnicy w trosce o jakość zwierzyny wpuścili w lasach wokół miejscowości Wicko trochę wilków, by te zadbały - zgodnie z prawami natury - o dorodność jeleni, sarn i dzików.

Jest prawie 21, gdy wyjeżdżam z Główczyc. Po drodze dojeżdża do mnie rowerzysta, imieniem Radek (wraca od swej narzeczonej), i też informuje o wilkach. – Ja tylko panu tak mówię, nie chciałbym o panu przeczytać w gazecie - mówi i zjeżdża z głównej drogi w miejscowości Pobłocie.


Społecznicy (pan Czesław - od lewej, pani Agnieszka i pan Stanisław) zbierali w niedzielę przed wieczorem podpisy od mieszkańców wsi. Ja też ich poparłem, składając swój podpis, by nie zostali odcięci od świata i zapomniani przez władze. Kluki, 22 marca 2015.
Fot. Piotr Kurek

Dojeżdżam do miejscowości Wicko, rozświetlona droga dodaje mi otuchy. Ale przede mną jeszcze 9 kilometrów do Łeby, po obu stronach drogi lasy, lasy, lasy. I tylko pytanie: gdzie są te wilki?

Dojechałem do Łeby o 22.45. Kiedy zobaczyłem jej światła, poczułem się w pełni bezpieczny. Ale ta niedzielna jazda, zaplanowana na 70-80 km, wydłużyła się do 115 kilometrów. I postawiła na porządku dnia dwa ważne pytania: co z całoroczną przejezdnością szlaku rowerowego Łeba-Kluki (reklamowanego w przewodnikach) i co z tymi wilkami?

Swoim tekstem chcę pomóc zdesperowanym mieszkańcom Kluk (skansen wsi słowińskiej), także potencjalnym i rzeczywistym turystom rowerowym, którzy zapewne chcieliby wiedzieć od leśników czy jazda po lasach w okolicach Łeby jest w pełni bezpieczna.

Z osobistego punktu widzenia, niedzielnej jazdy z Łeby do Łeby, wokół jeziora Łebsko, nie zapomnę do końca życia. I tej dzikiej plaży, nieprzejezdnej drogi przez grzęzawiska i grozy spotkania z wilkami w okolicach polskiego miasta żywiołów.

                                                             Piotr Kurek

 

Logo BCM Nowatex - Producent odzieży rowerowej, sportowej, kolarskiej

EUROBIKE

 

 
WSTECZ HOME E-MAIL