R E K L A M A :
 Newsletter >
 Wyślij znajomym >
 Dodaj do ulubionych
  Szukaj na stronie.
Jesteś 17759670 gościem na naszej stronie
Aktualizowano: 2017-04-26
Lubelszczyzna bliższa memu sercu

 

576 kilometrów na rowerze w dziewięć dni


Jadę przez Kozłowiecki Park Krajobrazowy. 22 lipca 2016.
Fot. Aleksander Kozłowiecki

Lubelszczyzna bliższa memu sercu - tak w wielkim skrócie mogę określić swój 9-dniowy pobyt w tej części kraju, podczas którego przejechałem 576 kilometrów na rowerze. Spotkałem wielu interesujących ludzi, lepiej poznałem historię i współczesność tych ziem, pokłoniłem się w Kocku generałowi Franciszkowi Kleebergowi i jego żołnierzom, zachwyciłem się pięknem Kozłowieckiego Parku Krajobrazowego.

O tym, by pojechać na Lubelszczyznę i bliżej ją poznać, otóż o tym rozmyślałem już od dość dawna. Po to, by nie była do dla mnie słabo zapoznana karta. Zawsze jednak brakuje czasu, są jakieś inne obowiązki. I jakby nie patrzeć, z Poznania w tamtym kierunku jest ponad 500 kilometrów drogi.


Teresa i Ryszard Dybałowie - prowadzą od pięciu lat wzorcowe gospodarstwo agroturystyczne w Dąbrówce.
Fot. Piotr Kurek

Ambasador Lubartowa. Janusz Pożak był w przeszłości kolarzem i to znanym. Urodził się w roku 1955, który dał polskiemu cyklizmowi wielu wybitnych szosowców. Jak choćby Czesława Langa, Henryka Charuckiego, Jana Jankiewicza, czy też Krzysztofa Sujkę.

Zaczynał przygodę z rowerem w wieku 17 lat. – Ścigałem się całych dziewiętnaście lat - opowiadał mi w Lubartowie, mieście położonym około 30 kilometrów na północ od Lublina. – Teraz już mnie nie ciągnie do sportowej rywalizacji. To, co miałem zrobić na szosie - już zrobiłem.

Jest rok 1980, czas Igrzysk Olimpijskich w Moskwie. 25-letni Janusz Pożak zdobywa tytuł mistrza Polski w wyścigu ze startu wspólnego. – To było w Kielcach, na trudnej trasie. Na finisz jechaliśmy grupą, ja zachowałem najwięcej sił na ostatnich metrach i zwyciężyłem - opowiada ze swadą o wydarzeniu sprzed trzydziestu sześciu lat.

Wygrał ponad 100 wyścigów w swej karierze, ponad 80 razy był drugi. Reprezentował Polskę na szosowych Mistrzostwach Świata, jechał dwa razy w Wyścigu Pokoju. Ścigał się na całym świecie, przez kilka ładnych lat we Francji.


Janusz Pożak i Piotr Kurek. Sklep rowerowy Janusza Pożaka w Lubartowie.
Fot. Grzegorz Szumiec

Spotkałem go na korcie tenisowym w Kozłówce, kilka kilometrów od Lubartowa. Kręci go ten rodzaj sportowej aktywności. Od 23 lat organizuje w swym mieście spotkania z rowerem. Impreza odbywa się na początku lata i gromadzi tysiące ludzi. – Na tą pierwszą zjawiły się raptem 54 osoby. Rok frekwencji padł przed rokiem - aż 14000 ludzi - podkreśla nie bez dumy.

Jest społecznikiem: był radnym Lubartowa, teraz jest drugą kadencję radnym powiatu lubartowskiego. Zajmują go sprawy sportu, rekreacji i zdrowia. Prowadzi salon rowerowy w Lubartowie, także jeszcze inną firmę. Jest zabieganym i skutecznym człowiekiem biznesu.

Dumny jest z tego, że jeździł z mistrzami polskiej szosy - Czesławem Langiem, Stanisławem Szozdą, Januszem Kowalskim i innymi. Widział kawał świata, ale pozostał wierny Lubelszczyźnie. Jest jej jednym z najlepszych ambasadorów.


Rządcówka - gospodarstwo agroturystyczne w Kozłówce.
Fot. Piotr Kurek

– Gdyby Pan chciał więcej wiedzieć o tych terenach - kieruję Pana do mego ojca. Mieszka w Nowodworze, kilka kilometrów od Lubartowa. Ma 86 lat, sprawny umysł i pamięta jak płonęły tu wsie w czasie II wojny światowej, jak ginęli ludzie. Jest jednym z ostatnich świadków barbarzyństwa i bestialstwa hitlerowców, jakie tu miało miejsce w latach 1939-1945. Także czasu odbudowy powojennej i tych najnowszych - mówi nie bez dumy znany syn o ojcu.

– Szkoda, że nie znalazl Pan czasu, by odwiedzić Stefana Pożaka - mówią zgodnie Teresa i Ryszard Dybałowie z Dąbrówki. – Jest żywą historią tych okolic, pięknych terenów, które kiedyś należały do Zamoyskich...


Przepiękna droga rowerowa (pożarowa) nr 21 w Kozłowieckim Parku Krajobrazowym.

Kozłowiecki Park Krajobrazowy. Liczy ponad 4 tysiące hektarów i jest rajem dla ludzi aktywnego wypoczynku i rekreacji: pieszych, zbieraczy grzybów i jagód, rowerzystów, fanów nordic walkingu i łyżworolek.

Przez dziewięć dni, od 18 do 26 lipca, pracowicie objeżdżałem na swym niezawodnym Wheelerze Pro 59 kozłowieckie lasy. W stronę Lublina, w stronę Lubartowa, wszerz i w poprzek. Po asfaltowych drogach pożarowych i leśnych duktach.

Urzekła mnie droga pożarowa nr 21. Liczy szesnaście kilometrów, ma prawie 4 metry szerokości. Od leśnictwa Bratnik prowadzi w stronę Starego Tartaku i dalej tylko między drzewami. Kończy się tuż przy szosie prowadzącej z Lublina do Białegostoku.

W niedzielę 24 lipca wracałem z Lublina przez kozłowieckie lasy. Tu i tam widzialem tłumy ludzi na rowerach. Dzieci i dorośli, całe rodziny, grupy towarzyskie. Z niektórymi zamieniłem kilka słów. Powiem krótko, chwalili leśników, że uczynili z tego miejsca perełkę czynnego wypoczynku.


Dobrą wiarę z Lubartowa (od lewej Kazmierz Lech, jego żona Bożena i Andrzej Atras) spotkałem podczas jazdy do Lublina.
Fot. Piotr Kurek

Zaścianek Dabrówka. To nazwa gospodarstwa agroturystycznego, które w sercu Kozłowieckiego Parku Krajobrazowego prowadzą Teresa i Ryszard Dybałowie. – To już pięć lat przyjmujemy w naszych progach ludzi spragnionych ciszy, spokoju, wypoczynku - mówią małżonkowie.

Dom jest duży, goście mają do swej dyspozycji oddzielną kuchnię, pokoje z dostępem do internetu (światłowód w środku lasu). Jeśli któryś z nich miałby ochotę na maliny, wystarczy pomóc gospodarzom w ich zbiorze na obszarze jednego hektara.

Pan Rysiu i żona Teresa prowadzą wzorowe gospodarstwo agroturystyczne, o czym przekonują dyplomy i wyróżnienia. Odwiedzają ich ludzie mediów, jak choćby Maja Popielarska z TVN. Mają króliki i gołębie, całość zamknięta (także podwórze) w soczystej zieleni.


Zaścianek Dąbrówka Teresy i Ryszarda Dybałów zaprasza chętnych wypoczynku przez cały rok.
Fot. Piotr Kurek

– Lato jest u nas piękne, ale lubię zimową porę. Kiedy spadnie śnieg, kiedy ziemię ściśnie mróz - organizuję kuligi. – To godzina jazdy na naszych kozłowieckich lasach. Jest herbata po drodze, jest bigos, smażenie kiełbasek. Jeśli ktoś zmarznie, mamy i coś na rozgrzewkę... - mówi krotochwilnie gospodarz. – Cały rok marzę o tych niezapomnianych kuligach w mroźny czas w kopnym śniegu.

Spędziłem pięć dni w Zaścianku Dabrówka. Gospodarze z lubelskiego lasu są ludźmi bywałymi na różnych kontynentach: byli w USA, Europę znają bardzo dobrze i wiedzą, że u nich standard goszczenia innych musi być także światowy. Zdobiony malinami na deser, ogórkami zielonymi i kiszonymi, czy też pasztetem i smalcem zrobionym z mistrzowską klasą. Jak ktoś ma ochotę, może zażyć kapieli w basenie lub pojść do lasu prosto po... prawdziwki.

W stronę Kocka. Być w tych stronach i nie odwiedzić Kocka - to byłby despekt. Każdy kto uczył się pilnie historii, wie aż nadto dobrze, że pod tym miasteczkiem na początku października 1939 roku rozegrała się ostatnia bitwa Wojska Polskiego z Niemcami.

Trwała trzy dni, byla zaciętym oporem wojsk Franciszka Kleeberga przed hitlerowskim najeźdzcą. Przypomina o tym pomnik polskiego generała. Stoi na skwerze przy skrzyżowaniu dróg. Niedaleko stąd jest cmentarz, na którym pochowani są polegli w bitwie nasi żołnierze i ich bohaterski dowódca.


Pomnik bohaterskiego polskiego dowódcy.
Fot. Piotr Kurek

Jechałem do Kocka częściowo drogami - aż do Kamionki. Kilka kilometrów za nią, w miejscowości o nazwie Ciemno, skręciłem w lewo w las. Do celu wiódł mnie GPS w moim telefonie komórkowym i świadomość, że pedałuję przez tereny na zawsze dobrze zapisane w polskiej historii.

Po drodze tu i tam podpytywałem ludzi o 1939. I młodzi i starzy wiedzą co tutaj się działo jesienią tego roku, kim był generał Kleeberg, gdzie jest muzeum pamięci o bitwie (szkoda, że w wakacyjny czas zamknięte).

Kozłówka. Poświęciłem kilka godzin, by przyjrzeć się muzeum Zamoyskich w tej miejscowości (wsi) pod Lubartowem. To panteon chwały tego rodu, bodaj najlepiej zachowana rezydencja arystokratyczna w Polsce.


Pałac w Kozłówce. 
Fot. Piotr Kurek  

Nie wszyscy może wiedzą, że w 1944 roku pałac w Kozłówce przeszedł na własność państwa. Na początku listopada tego właśnie roku utworzono tutaj pierwsze muzeum na terenach wyzwolonych spod okupacji hitlerowskiej.

W lipcowym słońcu widać piękno Kozłówki, jej parku. By poczuć atmosferę tego miejsca, na jedną noc zamieszkałem w Rządcówce - gospodarstwie agroturystycznym, które położone jest za pałacowym murem. Ładnie tu i cichutko, skrzypią schody na pierwsze piętro prowadzące od pokoju numer 5. A w nim sprzęty sprzed stu i więcej lat.

Być w Kozłówce oznacza także odwiedzenie budynku dawnej powozowni, gdzie mieści się Galeria Sztuki Socrealizmu. Każdy kto tu wchodzi doznaje uczucia gwałtownego wizualnego zderzenia między tradycyjną sztuką a arogancką doktryną artystyczną.


Ławka socrealizmu. W takiej ławce zaczynałem edukację w 1952 roku we Wrocławiu. Na zdjęciu z Genowefą Bagińską z Warszawy. Przed nami ezgemplarze "Świerszczyka" z lat 50-tych. Kozłówka, 21 lipca 2016.
Fot. archiwum Piotra Kurka

I kiedy już prawie opuszczam muzeum wypełnione popiersiami przodowników pracy, Stalina, Lenina, Bieruta i innych, moją uwagę zwraca ławka szkolna. Dwuosobowa, z otworem na kałamarz z atramentem. W takiej w roku 1952 zaczynałem edukację w szkole TPD na Pilczycach we Wrocławiu, by po pół roku być (w pierwszej klasie podstawówki) przodownikiem nauki! Siadam na niej i sentymentalnie myślą, że było to już ponad 60 lat temu. Jest się nad czym zamyślić, zadumać.

Kierunek Łęczna. Pojechałem na rowerze z obrzeży kozłowieckiego lasu (Łucka-Kolonia) w stronę lubelskiego węgla. Do Bogdanki jednak nie dotarłem, ale Łęcznej przyjrzałem się starannie.


Urząd Miejski w Łęcznej.
Fot. Piotr Kurek

Najpierw miałem okazję podeptać murawę stadionu piłkarskiego, później obejrzeć nową zabudowę miasta. W końcu dotarłem w okolice Starego Miasta, jego ciasnej zabudowy. Czuje się tutaj ducha historii, tym bardziej, że na placu przed Urzędem Miejskim wystawa zdjęć obrazuje przeszłość tego miasta. Widać na nich biedę początku XX wieku, prawdę o okresie międzywojennym i lata nadziei po II wojnie światowej.

W bardzo ładnie odnowionym Urzędzie Miasta Grzegorz Kuczyński (odpowiedzialny za promocję, także radny powiatu łeczyńskiego) radzi mi, jak mam wracać do w okolice Lubartowa, by nie rozjechały mnie ciężarówki jadące do i z kopalni piasku, jak i szybko pędzące auta.

W drodzę do Łęcznej, tuż przed jej rogatkami, spotkałem policyjny patrol drogowy. – Strach tu jechać! - mówię do stróżów prawa i porządku. – Panie, wariatów tu nie brakuje! - odpowiadają. – Są dni, że odbieramy kilka praw jazdy dziennie za zbyt szybką jazdę - sumują swe drogowe doświadczenia.


Tablica ku czci poległych partyzantów. Stary Tartak, serce Kozłowieckiego Parku Krajobrazowego.
Fot. Piotr Kurek

Wracam do siebie (Łucka-Kolonia) bocznymi drogami. Przez wioski i wioseczki, polnymi drogami. Widzę sady pełne wiśni i innych owoców, plantacje chmielu, obejścia dobrze utrzymane. I dużo ładnych domów, rezydencji. Bogata jest ta lubelska, podlublińska ziemia.

Zamiast podsumowania. Spędziłem na rowerze na Lubelszczyźnie dziewięć dni. Przejechałem w tym czasie 576 kilometrów (tyle ile wynosi droga z Kocka przez Lubartów, Lublin, Puławy, Radom, Gielniów, Piotrków Trybunalski, Koluszki, Stryków do Poznania), co zajęło mi dokładnie 36 godzin. Wychodzi półtora dnia pedałowania non stop. Trzeba mieć zdrowie, by dzień po dniu pedałować bez przerwy, w tym 26 lipca ponad 100 km. I to kiedy ma się już 71 lat na karku.

Urzekła mnie Kozłówka, także wieś Dąbrówka i jej "Zaścianek", kozłowieckie lasy. I gościnność lubelskiej wiary. Szczególne słowa podziękowania kieruję w stronę Teresy i Ryszarda Dybałów, Janusza Pożaka, leśniczego Wiesława Włoska, radnego Grzegorza Kuczyńskiego, lekarza Jana Wiesława Mazurka i pielęgniarki Marii Piskorskiej (przychodnia we wsi Firlej - opatrzyli mnie po upadku na rowerze), mistrza fotografii Marka Luniaka z Lubartowa. 


Kozłowiecki Park Krajobrazowy - perełka leśna na Lubelszczyźnie.
Fot. Piotr Kurek

To było dziewięć dni intensywnego poznawania Lubelszczyny. Od rana do wieczora. Zaglądałem tam gdzie można, kolekcjonowałem wrażenia. Zrobiłem wiele zdjęć. I opuszczałem Dąbrówkę z przekonaniem, że tutaj wrócę. W życzliwe progi wielu dobrych ludzi, których spotkałem na trasie swej wakacyjnej wędrówki.

                                                            Piotr Kurek

 

 

Logo BCM Nowatex - Producent odzieży rowerowej, sportowej, kolarskiej

EUROBIKE

 

 
WSTECZ HOME E-MAIL