R E K L A M A :
 Newsletter >
 Wyślij znajomym >
 Dodaj do ulubionych
  Szukaj na stronie.
Jesteś 20013659 gościem na naszej stronie
Aktualizowano: 2017-09-19
Nadmorskie klimaty

 

Do Gdańska i na Półwysep Helski z rowerem


Wydmy helskie w całej okazałości.

Fot. Piotr Kurek

Pięć dni natężałem się sportowo i rekreacyjnie - w Gdańsku i na Półwyspie Helskim. Na rowerze i pieszo. Nigdy bym jednak nie przypuszczał, że przyjdzie mi spędzić pięć niesamowitych godzin... Ale po kolei.

Piątek

Wjedżałem autem do Gdańska w godzinach popołudniowych, by następnego dnia wystartować w Skandia Maraton Lang Team.

Z obwodnicy trójmiejskiej szurnąłem w dół, aleją Armii Krajowej, by dojechać do centrum miasta i dalej do hotelu Dal, przy ulicy Czarny Bór - niedaleko od morza. Przebrałem się w kolarskie ciuchy i na rower, by dotrzeć do Miasteczka Zawodów.


W niedzielę szosowi amatorzy ścigali się w Gdańsku.
Fot. Piotr Kurek

To całych dwanaście kilometrów, w większości pod górę. Ale po gdańskich ścieżkach rowerowych. Są dobrze zaprojektowane, dobrze wykonane, łączą się logicznie w jedną całość. Inne polskie miasta, także Poznań, winny czerpać inspirację z miasta nad Motławą, jak ułatwić życie zwolennikom dwóch kółek.

Dojechałem do Wiolinowej (spotykając po drodze Adama Jagłę - uczestnika Wyścigu Pokoju), zarejestrowałem się, by w sobotę wystartować w maratonie Skandii i Czesława Langa już po raz trzydziesty dziewiąty. I później jazda w dół - przez Trójmiejski Park Krajobrazowy, obok kościółka w Matemblewie i ulicą Jaśkową Doliną. I dalej w stronę Brzeźna, Jelitkowa, Sopotu.


Jest się czym zachwycić między Helem a Juratą.
Fot. Piotr Kurek

Prawie 50 kilometrów na rowerze dzień przed maratonem po gdańskich ścieżkach rowerowych. Jazda po nich jest prawdziwą przyjemnością, tym bardziej, jeśli się lubi Miasto Wolności - jego historię i dzień dzisiejszy, jego niepowtarzalny klimat.

Sobota

Maraton. Jest ciepło, gorąco. Startujemy, my-maratończycy, o godzinie 11.

Trudziłem się ponad trzy godziny na dystansie Mini, wspierany na ostatnich kilku kilometrów przed metą przez Paulinę Codę z Gdańska (absolwentka Wydziału Prawa UAM, szykuje się do aplikacji adwokackiej). Ryszard Bróździński (Duda-Cars TP-LINK Rybczyński Team) podał mi życzliwie bidon w końcówce jazdy.


Czesław Lang życzył w Gdańsku szosowcom dobrej jazdy.
Fot. Piotr Kurek

Był to mój trzydziesty dziewiąty maraton Skandii i Czesława Langa. Pamiętam ten pierwszy z tego cyklu, w kwietniu 2007, w wielkopolskiej Chodzieży. Startowało nas na Mini niewielu, dziś zostałem sklasyfikowany tym dystansie (33 km) na 605. miejscu. Formy sportowej od lat nie tracę, ale co roku pojawiają się nowi fani MTB, na coraz lepszych rowerach i zdecydowanie silniejsi od 70-letniego pasjonata kolarstwa górskiego.

Startowałem po raz kolejny w Gdańsku. Pamiętam maratony w tym mieście w latach 2008 i 2009. Ten dzisiejszy był jednym z trudniejszych w dziewięcioletniej już historii imprez Pawła Ziemby i Czesława Langa. Kto go dziś przejechał, ukończył - może wpisać do swego sportowo-amatorskiego cv dwa tylko słowa: twardziel MTB.

Niedziela

Tauron Lang Team Race - to nazwa wyścigu szosowego dla amatorów. O poranku wsiadam na rower i jadę w stronę alei Armii Krajowej, gdzie o 11 rozpocznie się sportowa rywalizacja.


Żaglowki w okolicach Helu.
Fot. Piotr Kurek

Kiedy już docieram w okolice startu i mety, Adam Siluta proponuje, bym wystartował. Zapisuję się, otrzymuję numer startowy 3168 i wiem, że jedną rundę (17 km) przejadę z dziennikarskiej ciekawości.

Kiedy w piątek zjeżdżałem z trójmiejskiej obwodnicy w stronę centrum Gdańska, ani przez moment nie mógłbym sobie imaginować, że dwa dni później aleja Armii Krajowej zostanie zamknięta na kilka godzina dla ruchu drogowego, że zostanie udostępniona dla kolarzy, i że ja będę brał w tym udział.

Przyjechało prawie 500 kolarzy, w tym Rosjanie. Po starcie jazda pod górkę, ale po nawrocie niesamowita radość jazdy. Z górki na pazurki, całe 7,5 kilometra. Jadę na rowerze górskim - z prędkością ponad 50 kilometrów na godzinę.


Jazda po Półwyspie Helskim maksymalnie dotlenia organizm.
Fot. Urszula Kuźnicka

Po nawrocie robię zdjęcia kolarzom. Z poziomu ulicy, także z wysokości wiaduktów.

Trzy dni w Gdańsku podsumowałbym tak: w piątek radość z jazdy po tutejszych ścieżkach rowerowych; w sobotę dojazd do ulicy Wiolinowej, start w maratonie MTB i powrót do hotelu Dal; w niedzielę uczestnictwo w imprezie szosowej. Jeśli dodam, że 14 czerwca w Gdańsku odbyła się Parada Rowerowa z udziałem tysięcy ludzi, to mam obraz Miasta Wolności, którego władze dbają o rowerzystów, o imprezy kolarskie najwyższej rangi, owocnie współpracując z Czesławem Langiem i jego ekipą.

Po południu melduję się w Helu, wynajmując na trzy dni domek przy klonie na ulicy Kuracyjnej 5.

Poniedziałek

Siadam na rower i w drogę. Z Helu w stronę Juraty i dalej przez Jastarnię, Kuźnicę i Chałupy do Władysławowa i z powrotem. Ale nie po linii prostej, w każdych w tych miejscowości zaglądam tu i tam, dostrzegam niespodzianki...


Filmowcy pojawili się w Kuźnicy.
Fot. Piotr Kurek

W Kuźnicy w miejscu, gdzie od lat funkcjonuje Centrum Informacji Turystycznej, widzę napis na budynku Komenda Policji w Helu. Przed nim tłum ludzi. Pytam o ten napis. Okazuje się, że filmowcy wzięli obiekt w posiadanie, kręcą mroczny horror. Jesienią będzie można go obejrzeć w telewizji AXN.

Dwadzieścia lat temu odpoczywałem w Kuźnicy u pani Wandy Budziszowej przy Kotwicznej 10. Objechałem wówczas na swym rowerze turystycznym cały Półwysep Helski oraz okolice i dałem temu wyraz w "Głosie Wielkopolskim". Gdyby ktoś chciał sięgnąć po egzemplarze z roku 1995, znajdzie mój tekst "Kometą po Helu".

Zaglądam na Kotwiczną, syn Ryszard Budzisz informuje mnie: – Mama zmarła kilka miesięcy temu, miała 87 lat.


Komfortowe składy pociągów kursują do Helu. Można w nich przewozić rowery.
Fot. Piotr Kurek

Zaglądam do Cetniewa - jednego z siedmiu ośrodków przygotowań olimpijskich w Polsce. Wypiękniał, tętni życiem. Niedaleko stąd, we Władysławowie, znajduje się aleja sław polskiego sportu. Idę i czytam nazwiska. Dużo pięściarzy, dużo lekkoatletów. I trzy nazwiska kolarzy: Ryszard Szurkowski, Henryk Łasak i Czesław Lang. Gdybym ja miał decydować, dopisałbym dwa nazwiska: Stanisław Szozda i Lech Piasecki.

Kiedy z Władysławowa ruszam w stronę Helu licznik rowerowy pokazuje 55 km. Jadę z wiatrem, ruch jest spory na jednej z najbardziej znanych ścieżek rowerowych w Polsce. Widać z niej ruch w Zatoce Puckiej, którą bez reszty opanowali już zwolennicy wody i powietrza: windsurferzy i kitesurferzy. Kiedyś ośrodek ich szkolenia był w Chałupach, dziś jest ich mnóstwo i rozciągają się od Władysławowa do Juraty.

Dojeżdżam do Juraty i szukam ośrodka wczasowego, w którym wypoczywałem w pamiętnym roku 1989. Wybory czerwcowe przeżywałem w Moskwie, po powrocie do kraju trafiłem tu wypoczynkowo z żoną i córką. Było gorące lato: piasek parzył w stopy, słońce grzało niemiłosiernie, nadchodził czas polskiej transformacji ustrojowej.


Autor Wielkopolskiego Rowerowania na plaży w Juracie.
Fot. Marcin Częstochowski

Znalazłem, dawny ośrodek Budimexu stoi odnowiony i należy do Portów Lotniczych. Nazywa się Muza i obok powstały nowe obiekty kompleksu, także pływalnia dostępna dla ludzi z zewnątrz.

Z Juraty do Helu mam do pokonania jeszcze dwanaście kilometrów. Jadę na rowerze górskim i daję radę, ale ścieżka w lesie jest pełna dziur. Piszę o tym, by rodzice z dziećmi i dorośli niezbyt wprawieni w pokonywanie trudnych tras mieli świadomość, że mogę tu wpaść w piaszczysty dołek. Tu i ówdzie widzę, że ktoś próbuje łatać nierówności.


Drzewa przewrócone przez morze.
Fot. Piotr Kurek

Wieczorem, już po godzinie 21, jestem u siebie - w domku pod klonem. Dziś przejechałem 95 kilometrów. Sumuję kilometry: piątek - 45 km, sobota - 60 km, niedziela - 55 km.

Wtorek

Po czterech dniach na rowerze, po przejechaniu na swym niezawodnym Wheelerze Pro 59 ponad 250 kilometrów, postanowiłem dokonać rekreacyjnego płodozmianu. Czyli przejść się wzdłuż bałtyckiej plaży. Z miejsca, które uznawane jest za początek Polski.


Kopiec Kaszubów. Hel, 16 czerwca 2015.
Fot. Piotr Kurek

Jest godzina 10. Stoję przed Kopcem Kaszubów w Helu, w miejscu, gdzie zlewają się wody Zatoki Puckiej i Bałtyku. Fotografuję ten symbol polskiej obecności, stoi tu zaledwie od kilku lat, od zawsze w tym miejscu na świecie.

I rozpoczynam spacer po piasku. Słońce nieśmiało przebija się zza chmur, jest ciepło. Plażowiczów jak na lekarstwo. Biorę kurs na Juratę i zastanawiam się nad tym, jak długo będę szedł...

Po godzinie niespiesznego dreptania w wodzie znikają z mego pola widzenia ludzie. Spotkam ich dopiero za dwie godziny, o trzynastej godzinie. – Jak długo jeszcze pójdziemy do Helu? - pyta mnie para ludzi w średnim wieku, ubrana na sportowa i godna okładki pisma dla ludzi aktywnych. – Trzy godziny - odpowiadam. – Skąd państwo idziecie? - pytam. – Z Jastarni - odpowiadają. Życzymy sobie wzajemnie miłych wrażeń i w drogę: oni w stronę Helu, ja - w kierunku Juraty.


Pięć godzin marszu z Helu do Juraty.
Fot. Jerzy S. Majewski

Idę, idę, idę. I czym bardziej oddalam się od Helu, tym bardziej pięknieją przed moimi oczami wydmy. Raz za razem sięgam do swego plecaka po Nikona i uwieczniam piękno bałtyckiego krajobrazu.

Kiedyś nie można było tędy chodzić (teren należał do Wojska Polskiego), ale teraz doświadczam pięknej samotności w nadmorskim krajobrazie. Spotykam kolejną parę i proszę mężczyznę, by moim aparatem fotograficznym zrobił mi zdjęcie: świadectwo wielogodzinnego marszu po brzegu Bałtyku.

Jerzy S. Majewski z Warszawy przyklęka, czyni to w wodzie, by jakość ujęcia była artystycznie godna mego wysiłku.

Widzę kolejną parę. Idą z psem, który agresywnie mnie obszczekuje, choć jest tyci i wiem, że żadnej krzywdy mi nie zrobi. Pytają mnie, ile godzin zajmie im marsz do Helu, ja pytam o godziny wysiłku do Juraty.


Spotkania na plaży były bardzo sympatyczne. Pani Mariola, pan Maciej i ich "Pitt".

Fot. Piotr Kurek

I ta para i poprzednie, które spotkałem, są w lepszej ode mnie sytuacji: idą z wiatrem. A ten nieźle dmucha mi w twarz. Po czterech godzinach spaceru czuję, że moje stopy jakby nabierały innego czucia podłoża. Wypatruję Juraty, pierwszego zejścia z plaży w tym kurocie. Ale, jak się ostatecznie okaże, do kompleksu Bryza dojdę o godzinie 15.

Pięć godzin marszu. Wysiłek większy niż dzień wcześniej, gdy prawie 100 kilometrów przejechałem na rowerze. Ale warto było to zrobić, zajrzeć w nadmorską przestrzeń między Helem a Juratą, w ulubione okolice Aleksandra Kwaśniewskiego, który za swej prezydentury bywał tu często, i który tym terenom przydał znaczenia.

Znam polskie wybrzeże bardzo dobrze, od Świnoujścia na zachodzie do Piasków na wschodzie. Dziś odkryłem coś nowego: kilkanaście kilometrów prawie dziewiczej plaży, za którą rozciągają się chronione prawem helskie wydmy.


Domek przy klonie. Hel, ul. Kuracyjna 5.
Fot. Piotr Kurek

Wracam pociągiem z Juraty na Hel. Ładnym składem Przewozów Regionalnych po odnowionych torach. Bilet kupuję u konduktora (5,30 złotych) i ani się obejrzałem, po dziewięciu minutach, jestem u celu. Jeszcze kilometr spaceru i jestem w domku pod klonem, który na trzy dni stał się moim miejscem wypoczynku.

                                                                               Piotr Kurek 

 

 

Logo BCM Nowatex - Producent odzieży rowerowej, sportowej, kolarskiej

EUROBIKE

 

 
WSTECZ HOME E-MAIL